16Marzec2010

List do wnuka

Autor: MAlina. Kategorie: WSPOMNIENIA.

Mały latawiec marzy o tym
żaby polecieć daleko w świat.
Nie wróci tu z powrotem –
dogoni słońce i wiatr…

Zaadresowałam dużą, żółtą kopertę:
Jan Barański, 414 Pershing Ave, Ocean Springs, MS, 39564. USA.

Jak klamrą spięłam, poprzez dwa stulecia, Samarkandę i Nowy Orlean.

Mój kochany wnuczku!

To pierwsze zdjęcie – a masz je ponumerowane, to Twój praprapradziadek Józef Kozłowski i Twoja prapraprababcia Józefa Kozłowska. W lutym 1992 roku nie żyje już nikt, poza mną, kto by pamiętał, że tak się nazywali Twoi praprapradziadkowie po kądzieli. On był budowniczym. Budował kolej w dalekiej Samarkandzie, a ona mieszkała w Berezie Kartuskiej i wychowywała dwóch synów i trzy córki. Podobno Józef Kozłowski miał bardzo porywczy charakter i był surowy dla swoich dzieci, a ona była łagodna i wesoła.
Na tej starej fotografii wyglądają tak, jakby było odwrotnie.

Fot.1. Józef i Józefa Kozłowscy (Zakład Fotograficzny R. Gasko, Równe).

Fot. 1. Józef i Józefa Kozłowscy (Zakład Fotograficzny R. Gasko, Równe).

Fot.2. Wacław Kozłowski (Z-d Fot. Stampier, Brześć Litewski - ?).

Fot. 2. Wacław Kozłowski (Z-d Fot. Stampier, Brześć Litewski - ?).

Fot.3. Florian Kozłowski (Z-d Fot. w Moskwie).

Fot. 3. Florian Kozłowski (Z-d Fot. w Moskwie).

Fot.4. Anna (później Zdanowicz), Julia i Marianna (później Bilewicz) Kozłowskie (Z-d Fot. R.Gasko, Równe).

Fot. 4. Anna (później Zdanowicz), Julia i Marianna (później Bilewicz) Kozłowskie (Z-d Fot. R.Gasko, Równe).

Fot.4a. Trzy siostry Kozłowskie.

Fot. 5. Trzy siostry Kozłowskie.

Druga i trzecia fotografia – to fotografie przedstawiające ich dwóch synów: starszego Wacława i młodszego Floriana (w mundurku szkoły realnej w Moskwie). Czwarta fotografia to ich trzy córki: od lewej Anna, Julia i najstarsza Marianna – Twoja praprababcia. To o niej chcę Ci opowiedzieć.

Fot. 5. Maria z Kozłowskich i Józef Bilewiczowie z dziećmi: Jadwigą, Edwardem, Józefem i Henriettą (Z-d Fot. R.Gasko, Równe). Następna fotografia przedstawia ją już z mężem, Józefem Bilewiczem, i czwórką dzieci. Najmłodsza córeczka Henrietta, ta, która siedzi na stoliku, to Twoja prababcia, a moja mama.

Fot. 6. Maria z Kozłowskich i Józef Bilewiczowie z dziećmi: Jadwigą, Edwardem, Józefem i Henriettą (Z-d Fot. R.Gasko, Równe). Następna fotografia przedstawia ją już z mężem, Józefem Bilewiczem, i czwórką dzieci. Najmłodsza córeczka Henrietta, ta, która siedzi na stoliku, to Twoja prababcia, a moja mama.

Fot. 6. Henrietta Bilewiczówna - z Bilewiczów Towiańska.

Fot. 7. Henrietta Bilewiczówna - z Bilewiczów Towiańska.

Henrietta Bilewicz wyszła za mąż za Józefa Towiańskiego. Mieli tylko jedną córkę: Marię Alinę Towiańską i to właśnie ja. Wyszłam za mąż za Zdzisława Michalskiego i też mieliśmy tylko jedną córkę: Lidię Michalską, która wyszła za mąż za Piotra Barańskiego. Teraz jesteś Ty – Jan Barański, a Twoje życie to jest dalszy ciąg.

* * *

Babcie powinny opowiadać swoim wnukom bajki. Zamiast bajek chcę Ci opowiadać prawdziwe historie, o których nikt już nie pamięta, a ja myślę, że to bardzo ważne, żebyś wiedział, jacy byli Twoi praprapradziadkowie.

Jesteś tak daleko. Świat jest tak wielki i taki mały. Twój praprapradziadek Józef Kozłowski pisał do swojej córki Mani, do Berezy Kartuskiej, z dalekiej Samarkandy.

Teraz ja, Twoja babcia, wnuczka tamtej Mani, piszę do ciebie ze Szczecina i wysyłam ten list z fotografiami nad Zatokę Meksykańską. Jestem pośrodku czasu i pośrodku odległości.

Dlaczego ze wszystkich rodzinnych historii wybieram historię Marianny z Kozłowskich Bilewiczowej? Co najmniej z dwóch powodów. Ona była moja babcią, a ja jestem Twoją babcia. A też dlatego, że była w moim życiu bardzo ważną osobą. Chociaż nigdy jej nie widziałeś, jest także bardzo ważną osobą w Twoim życiu, bo Twoja mama ma podobny do niej charakter.

Fot. 7. Maria (do zamążpójścia: Marianna, Mania) z Kozłowskich Bilewiczowa.

Fot. 8. Maria (do zamążpójścia: Marianna, Mania) z Kozłowskich Bilewiczowa.

* * *

Wszystkie trzy panny Kozłowskie były przystojne. Wysokie, smukłe i jasne. Najmłodsza Julia uchodziła za piękność. Najstarsza Mania była najbardziej uzdolniona. Urodziła się 18 grudnia 1876 roku. W tych czasach nawet w zamożnych rodzinach kształcono synów, nie córki. Tak też było w rodzinie Kozłowskich.

Do końca życia Mania mówiła z żalem:

- Nauczono mnie czytać i pisać, i rachować, i jeszcze smażyć konfitury.

Wykształcenie domowe. Nigdy tego nie darowała rodzicom. To ona zadbała o wykształcenie swych młodszych sióstr. Anna i Julia ukończyły gimnazjum. Najmłodsza Julia ukończyła medycynę w Kijowie. Zmarła mając 26 lat. Już jako lekarz zaraziła się złośliwą odmiana gruźlicy. Ale to dalsze dzieje.

Fot.8. Julia Kozłowska z koleżanką - pierwsze kobiety studiujace medycynę w Kijowie.

Fot. 9. Julia Kozłowska z koleżanką - pierwsze kobiety studiujace medycynę w Kijowie.

Na razie najstarsza z nich, Mania, ma 20 lat i nie spieszy się z zamążpójściem. Ściśnięta gorsetem, z talią osy, wodzi rej na potańcówkach, zdzierając w tańcu, w ciągu jednej nocy, prunelkowe pantofelki. W pobliskim majątku „Szlachecka Puszcza” mieszkają dalecy krewni – Kraszewscy. Ich syn Mikołaj jest adoratorem wesołej i pełnej fantazji Mani. Młodszy od niej o parę lat, ulega wszystkim jej kaprysom i pomysłom. Pewnego dnia Mania każe mu zaprząc się, zamiast konia, do dwukółki. Sama siada na koźle i podjeżdża z fasonem pod ganek, wymachując batem nad głową Mici. Na werandzie siedzą panie przy herbatce. Zgorszenie. Nie mogło to się podobać pani Zofii Kraszewskiej i jej córce Loni, starszej przyjaciółce Mani. Micia to nie jest odpowiedni kandydat na męża dla Mani, decydują zgodnie obie panie, Kraszewska i Kozłowska. Trzeba to przeciąć, póki czas.

Fot. 10. Właściciele majątku "Szlachecka Puszcza", państwo Kraszewscy, z dziećmi (Z-d Fotograficzny w Kobryniu).

Fot. 10. Właściciele majątku "Szlachecka Puszcza", państwo Kraszewscy, z dziećmi (Z-d Fotograficzny w Kobryniu).

Ojciec pisze z dalekiej Samarkandy do matki:

- Nie wypychaj Mani za mąż, skoro ona tego nie chce.

Ale cóż, 20 lat to już prawie staropanieństwo. Trafia się porządny i zamożny kawaler z dobrej rodziny. Mania ulega namowom matki. Po latach opowiada, że dni poprzedzające ślub przepłakała. Wreszcie matka ustąpiła. Jeżeli tak go nie chcesz…

Ale goście byli już zaproszeni, wszystko przygotowane do wesela. Mania nie wycofała danego słowa. Została Marią Bilewiczową. Odkąd wyszła za mąż, podpisywała się Maria, a nie Marianna. Bo też odtąd była już kimś innym. Jako stara kobieta mówiła:

- Nigdy nie kochałam mego męża. Szanowałam go, bo był dobrym i uczciwym człowiekiem, i on też mnie szanował.

* * *

Urodziła siedmioro dzieci. Była młodsza od swego męża o 20 lat. W tamtych czasach nie było to czymś wyjątkowym. Owdowiała nie mając jeszcze 40 lat. Dziadek umarł w czasie I wojny światowej. Dziadkowie mieli duży dom na Polesiu.

Kiedy umierał mój dziadek, front przesuwał się na wschód i cała okolica opustoszała. Babcia wysłała dzieci ze swoją matką do Jelca, a sama została w pustym domu z umierającym mężem, i była z nim do końca.

Wspominała potem, jak prosił ją, żeby go zostawiła i jechała do dzieci, póki jeszcze można.

- Ja i tak umieram, a dzieci ciebie potrzebują.

- Jeszcze żyjesz. Przysięgłam, że nie opuszczę do śmierci.

Pochowała go i dopiero wtedy pojechała do dzieci.

W Rosji zatrzymała ją rewolucja. Została sama z dziećmi, bo matka zdążyła wyjechać wcześniej.

W czasie, kiedy uchodźcy przymierali głodem i zabiegali o zapomogi, za ostatnie pieniądze wynajęła dorożkę. W futrze i kapeluszu z piórami pojechała do urzędu, który chyba był odpowiednikiem Wydziału Oświaty. Zdumionemu jej wyglądem i pewnością siebie naczelnikowi oświadczyła, że jest uciekinierką, cudzoziemką, znalazła się w Jelcu z dziećmi, uciekając przed frontem i potrzebuje pomocy.

- Jeżeli prawdą jest to, co wypisujecie w odezwach i mówicie na wiecach, i waszym celem jest sprawiedliwość, to powinniście mi pomóc, dać pracę, żebym mogła wyżywić swoje dzieci.

Zapytano ją, czy potrafi prowadzić „bohodzielnię”.

- Oczywiście – powiedziała, chociaż nie wiedziała, co to jest. „To” okazało się domem starców.

Pod jej rządami dom starców stał się również przechowalnią dla wielu osób z rosyjskiej inteligencji. Była znana jako „dumna Polka”, do której można zawrócić się o pomoc. Rządziła widać dobrze, bo po pewnym czasie zaproponowano jej kierownictwo domu dla sierot.

Bezdomnych dzieci było wtedy dużo> Niektóre z nich żyły z kradzieży, zagubione w zawierusze rewolucji. Miała własne dzieci i obawiała się wpływu środowiska, w którym się znajdą. Jednak w końcu przyjęła tę posadę. Trzeba było organizować wszystko od podstaw. Dzieci ciągle przybywało.

* * *

Po latach opowiadała z humorem, jak to trzeba było się starać, żeby nie tylko nakarmić, ale i ubrać tę „hałastrę”. Zdobyła gdzieś buty. Buty zostały zmagazynowane w piwniczce z zakratowanym oknem. Na drugi dzień nie było ani jednej pary. Zarządziła apel i wygłosiła (jeżeli dobrze pamiętam) mniej więcej takie przemówienie:

- Czy chcecie, żeby mnie aresztowano? Wtedy przyjdzie tu kto inny i na pewno będzie gorszy niż ja. Może będzie to jakiś wojskowy, bo drugi raz nie dadzą kobiety. A przecież to buty dla was. Czy macie zamiar zimą chodzić boso? Oddajcie.

I oddali. Wprawdzie nie wszystkie, bo część już została sprzedana. Babcię jednak nurtowała ciekawość, jak to zostało zrobione. Przecież okienko zakratowane. Tak, ale nie było w nim szyb. Chłopcy wyciągnęli buty wędką.

Przyszedł czas na organizowanie nauki. W domu starców wyszukała i zaangażowała nauczycieli. Często byli to „biali”, dla których praca w domu dziecka była ratunkiem. Ktoś doniósł, że przechowuje w domu dziecka wrogów rewolucji. Została wezwana na przesłuchanie do NKWD. Przesłuchujący ją komisarz powiedział:

- Rewolucja dała wam i waszym dzieciom chleb i pracę, a wy jak się odwdzięczacie? Przechowujecie wrogów rewolucji, białą burżuazję.

Podejrzewam, że była przygotowana na taką ewentualność i wcześniej obmyśliła sobie, co ma mówić i jak się zachować. Jednak ona sama opowiadając o tym zapewniała, że odpowiedź przyszła jej do głowy „w natchnieniu”. Zapytała:

- Czy wy, komisarzu, i wasi przyjaciele, znacie obce języki, umiecie grać na fortepianie, czy potraficie uczyć matematyki? A mówicie, że chcecie dogonić i przegonić świat. Bez nauki nie zdołacie tego zrobić. Wasze dzieci muszą być wykształcone. Oczywiście, że trzeba wybić burżujów, ale niech oni najpierw na coś się przydadzą. Niech służą rewolucji. Niech przekażą swoją wiedzę waszym dzieciom. Jak wykonają swoje zadanie, wtedy będzie mogli ich dobić.

Potrafiła dawać sobie radę, sama z dziećmi, w rewolucyjnej Rosji. Wróciła do Polski, wywołując zaskoczenie i niechętne zdziwienie. Zamiast wynędzniałych uchodźców wróciła prawie nie zmieniona Pani Bilewiczowa z gromadką zadbanych, jak na warunki bolszewickie, dzieci.

Dzieci trzeba było kształcić. Dom był zaniedbany, podatki wysokie. W tym czasie dużo pomogła jej młodsza siostra Anna. Ale to osobny rozdział. Nie chcę pisać o mojej ciotecznej babce jakby na marginesie. Ona zasługuje na osobną powieść.

* * *

Niewątpliwie zasługą babci było to, że jej dzieci, mimo pobytu w Rosji, mówiły poprawnie po polsku. W swoim czasie sama zbuntowałam się przeciwko jej surowym wymaganiom w odniesieniu do czystości języka. Służące w domu babci były Białorusinkami lub Ukrainkami. Mówiły własnym językiem, który wpadał w ucho. Wieczorami na ganku śpiewały ukraińskie dumki albo pieśni weselne. Pięknie śpiewały. Im było wolno, ale nie moim ciotkom czy wujom. A już na pewno nie mnie. Słówko wtrącone w języku białoruskim od razu wywoływało surowe kary. W specjalnym zeszyciku pisałam 50 razy po polsku to słowo, które nieopatrznie powiedziałam po białorusku lub ukraińsku. Muszę przyznać, ze babcia sama często cytowała rosyjskie przysłowia. Widocznie jej było wolno. „Co wolno wojewodzie…”

Moja babcia była wszechwładną boginią mojego dzieciństwa.

Duży, sześciopokojowy, drewniany dom w Łunińcu stał się moim domem rodzinnym. Kiedy miałam cztery lata, umarła moja mama i odtąd mieszkałam u babci. Babcia była wysoka, tęga i groźna. Wszyscy musieli jej słuchać. Nosiła czarne suknie z białą „duszką” lub żabotem i zamaszyste kapelusze. Byłam dumna z tego, że jestem jej wnuczką.

Białorusinki zapytane o narodowość mówiły „my tutejsze”. Ja zachowywałam się podobnie. Zapytana, jak się nazywam, nie mówiłam „Alina Towiańska” – mówiłam:

- Jestem wnuczką pani Bilewiczowej.

Nigdy na mnie nie krzyczała, a jednak bałam się jej bardzo.

* * *

Babcia czytała dużo. I tak ją zapamiętałam – z książką w reku. Ponadto zawsze czytała, choćby parę zdań z jednej książki, wieczorem. Jak wieczorny pacierz. Książkę tę mam do dzisiaj. Strona tytułowa jest zniszczona i nie wszystko można odczytać. Np. nie można odczytać roku wydania. Jest to wydawnictwo M.Arcta „POKŁOSIE MYŚLI Z NIWY ZYCIA I DUCHA”, z dzieł Karola Wagnera, Emmersona, Maeterlincka, Sedira, Johna Lubbocka, Drumonda, Ruskina, Tołstoja, Jouberta…

Na zniszczonym kartoniku używanym zamiast zakładki napisała:

Prawego męża o niezłomnej duszy
Ni tłuszcza dzikim szałem rozkiełznana
Ani groźny wzrok tyrana
Niczym nie ugnie, hartu nie skruszy

Miała niezłomna duszę. Przeżyła dwie wojny. Oprócz swojej najstarszej córki, która opiekowała się nią aż do śmierci, przeżyła wszystkie swoje dzieci. Była dumna, harda, nigdy i w żadnej sytuacji nie okazywała strachu. Wymagająca w stosunku do siebie, ale i w stosunku do bliźnich. Nie uznawała „nieudaczników”, nie znosiła „biadolenia”. Potrafiła bardzo złośliwie wykpić kogoś, kto się nad sobą rozczulał. Byłam dzieckiem jej tak młodo zmarłej córki, ale nie byłam rozpieszczana. Nie rozczulała się nad moim sieroctwem. W każdym razie nigdy tego nie okazywała.

Kiedyś oberwałam niedostateczny stopień w szkole. Babcia siedziała na fotelu pod oknem i czytała książkę. Podeszłam, cała w strachu, i powiedziałam cicho:

- Babciu, dostałam dwójkę z matematyki.

Babcia podniosła głowę znad książki i powiedziała przeciągle:

- Taak? Ale nie rozumiem, czemu mi o tym mówisz. To twoja sprawa.

Nie zapomniałam do dziś prawdziwej lekcji odpowiedzialności. Dopiero wiele lat później przypomniałam, że niedługo po tym miałam korepetycje z matematyki.

Z winy mojej babci, a może dzięki niej, nigdy nie należałam do żadnej organizacji. Bezlitośnie wyśmiewała wszelkie moje w tym kierunku dążenia:

- Czy musisz śpiewać w chórze i chodzić czwórkami? Jeżeli masz dobry głos, śpiewaj solo, a jeżeli masz słaby głos, to zajmij się czym innym.

Głos mam słaby, ale zawsze śpiewam solo lub nie śpiewam wcale.

Pobożna była moja babcia. Dzięki niej znam ewangelię i dużo pieśni kościelnych, i modlitw. Jednak mam co do tej pobożności jakieś wątpliwości. Nie pasuje do niej pokora chrześcijańska. Nadstawić drugi policzek? O, nie! Raczej oddać z nawiązką.

Jej sądy były zawsze autorytatywne. To brzmi nieprawdopodobnie, ale nie myliła się nigdy. Nie pamiętam takiego przypadku. Wcześniej czy później okazywało się, że miała rację, jeśli nawet początkowo jej ocena sytuacji wydawała się absurdalna.

A jednak raz się zdarzyło, że intuicja ją zawiodła.

Wyjeżdżaliśmy z Łunińca. Obejrzała się. Spojrzała na swój dom i powiedziała:

- I tak tu wrócę. To była, jest i będzie Polska.

* * *

Po wojnie zamieszkaliśmy w Słupsku. Jako repatriantki miałyśmy prawo, na podstawie posiadanych dokumentów, wybrać poniemiecki dom. Jednak babcia wierzyła, że wróci do swojego domu i dokumenty repatriacyjne leżą niewykorzystane do dziś.

Przeżyła 93 lata. Leży pochowana na cmentarzu w Słupsku.

* * *

To jest pierwszy rozdział starego albumu, który chcę dla Ciebie założyć, mój amerykański… nie, polski wnuczku.

Fot. 11. Zdjęcie ze starego albumu: Bilewicze.

Fot. 11. Awers i rewers zdjęcia ze starego albumu: Bilewicze.

Maria Towiańska – Michalska
/pierwodruk: Twój Styl; nr 7-8, lipiec – sierpień 1992/

4 

4Marzec2010

Tragedia „Mazurka”

Autor: Maria47. Kategorie: WSPOMNIENIA.

Lipiec 1963 roku. Czterdzieści „ptaszków” – lugrotrawlerów skoncentrowanych u wschodnich wybrzeży Wielkiej Brytanii, z powodzeniem prowadzi połowy na Farne Deeps. 26 lipca, podczas zbierania pierwszych południowych wyników połowowych, można było już przyjąć, że wydajność jest dobra i udana. Z połowy pławnicowego zestawu (40 siatek) osiągnięto od 30 do 100 beczek. Na „Rybitwie” szyper Stefan Musielak miał powody do zadowolenia. Jego wynik był najlepszy – 130 beczek.

Od kilku dni statki – bazy, „Kaszuby” i „Puławski”, miały „pełne ręce” roboty. Floty pięciu polskich armatorów rybackich („Gryfu”, „Dalmoru ”, „Odry”, „Szkunera” i „Arki”) osiągały dobre wydajności. Do rozładunku na bazy ustawiały się kolejki. Łłowiono szybciej, niż trwało oczekiwanie do podejścia ku burcie bazy, na rozładunek i zaopatrzenie. „Kaszuby” były niczym troskliwa kwoka otoczona pisklętami, „żółtkami”, „ptaszkami” i „parowcami”. Inne stały na kotwicach w zatoce Fisth of Fartz, oczekując na podejście do bazy… a tu ryba „wali”, jak z rogu obfitości. Nic dziwnego, że przedsiębiorstwa na siłę wysyłały wszystkie jednostki z kraju w morze.

O 19 GMT podsumowywałem dzienny „utarg” naszej floty: 1200 beczek śledzi całych i 700 śledzia odgardlonego. Wcale nieźle, jak na połowę floty. Reszta, niestety, nadal „moczyła żelazka” na „redzie” baz.

* * *

Komunikacja pomiędzy statkami odbywała się przeważnie na nowo zamontowanych UKF-kach – na „kulikach” nie prowadzono stałego nasłuchu radiowego. Szyper i szturman musieli sami obsługiwać radiostację.

Na łowisko za Szczecina płynęły dwa lugrotrawlery:

  • „Mazurek” podał pozycję 57 stopni 00N-9 stopni 00’0,

  • trawler „Makolągwa” właśnie minął latarniowca „Lasso North”.

Pogoda tego dnia nie wróżyła nic złego. Prognozy były pomyślne. Wieczorem jednostki, przy wydawaniu zestawów pławnicowych, miały dobry dryf. Wiatr SS0 1-3 stopni Beauforta, stan morza 1-2 stopni B.

Następnego dnia byłem już na nogach skoro świt. Na „Błotniaku” wcześnie rano zaczęto wybierać zestaw 80 pławnic. Stałem za sterem pomagając szyprowi Tadeuszowi Roszakowi „podjeżdżać” statkiem wzdłuż zestawu. Ten machinalnie włączył radiostację. W eterze wymieniono informacje z odleglejszych rejonów o wydajnościach uzyskiwanych z pierwszych siatek. Zanosiło się na dobre połowy.

O godzinie 5.15 LT wywołały mnie „Kaszuby”. Podały suchą, ale jakże tragiczną wiadomość:

W dniu wczorajszym, około godziny 22.30 GMT, 11 mil na północny-wschód od Hansholm, z przyczyn na razie nieustalonych – zatonął „Mazurek”. Dwunastu ludzi uratowały statki będące w pobliżu katastrofy. Trwa akcja ratunkowa i poszukiwawcza dalszych sześciu członków załogi, w tym kapitana. W rejon wypadku skierowana została „Makolągwa”.

Wiadomość ta zelektryzowała wszystkie załogi. Zadawano sobie pytania:

  • Co się stało?

  • Jak doszło do tragedii?

  • Co było przyczyną?

Pogoda dobra, wiatr nie przekraczał siły 5 stopni B… Snuto różne domysły:

  • Kolizja z innym statkiem?

  • Podwodna przeszkoda albo skała – to mało prawdopodobne.

  • Błąd w sztuce?

Żadnych konkretów.

O godzinie 11 szyper Zdzisław Zawadzki z „Makolągwy” podał:

Na pozycji wypadku znaleziono pas ratunkowy i kilka drewnianych przedmiotów z zatopionego lugrotrawlera. Niewiadomy los sześciu ludzi, w tym kapitana. Będę się łączył o pełnych godzinach i podawał sytuację.

W dalszym ciągu nie znaliśmy przyczyn zatonięcia. Od czasu tragedii upłynęło dwanaście godzin. Jaka jest szansa uratowania zaginionych ludzi? Czy jeszcze żyją? Do akcji ratunkowej włączyły się stacje brzegowe Danii (Hishals i Hansholm) oraz niemal wszystkie statki będące w pobliżu. Takie jest prawo morza. Bez względu na sytuację trzeba ratować życie ludzkie.

Na łowisku ze zrozumiałym niepokojem oczekiwano każdej wiadomości z miejsca tragedii. Radiostacje na statkach nastawione na „standby”. Robota jakoś się nie kleiła. Nie cieszyły dobre wydajności połowowe. Wszyscy byliśmy myślami tam, w Skagerraku. Bezpośrednia łączność z krajem wychodziła jedynie przy sprzyjających warunkach pogodowych. Byliśmy skazani na radiostacje z baz.

Dyrektor Feliks Gawrońskii, przebywający na morzu, kierował akcją ratunkową z „Rybitwy”, na odległość, via „Kaszuby”. To utrudniało bezpośrednie kierowanie.

Pierwsze informacje nadeszły z kraju o 12.55 LT. Uratowani członkowie załogi, ze Szwecji, telefonicznie informowali przedsiębiorstwo:

26 lipca, o godzinie 12 LT zauważono przecieki w ładowni. Uruchomiono pompy. Do 18.00 zalało ¾ pojemności. Od tej chwili statek płynął „pół naprzód”. Koło północy zanurzył się dziobem. Ratowaliśmy się jak kto mógł.

  • Jak to! Zanurzył się dziobem!? W jasny, pogodny dzień, statek tonie w pobliżu piaszczystego lądu? Dlaczego szyper nie skierował się w stronę brzegu i nie osadził lugrotrawlera na płyciźnie?

  • O godzinie osiemnastej wiedział, że sytuacja była już krytyczna!

  • Skąd w ładowni tyle wody, jeśli wszystkie pompy pracowały non stop?

Tego rodzaju dyskusje prowadzono w eterze, na UKF-kach. Domysły i przypuszczenia. Twierdzenia i argumenty. Nie dawano wiary przyczynom tragedii podawanym przez uratowanych rybaków. Zdawano sobie sprawę z szoku, w jakim niewątpliwie jeszcze są. Zapewne nie kojarzą faktów i zdarzeń następujących szybko po sobie, stąd wersja „wyimaginowana na gorąco”.

Akcja ratunkowo – poszukiwawcza trwała nadal. My, w morzu, wyczekiwaliśmy każdej najdrobniejszej wiadomości.

29 lipca „Kaszuby” nadały komunikat:

26.07 około godziny 12 LT na m/t „Mazurek” zauważono przecieki wody do ładowni. Rozpoczęto pompowanie z przerwami. O godz.18 LT ładownia zalana w trzech czwartych. Dano „pół naprzód”. 27.07 o 0.30 LT statek zatonął dziobem. Akcja ratownicza obcych jednostek i helikopterów została odwołana. Nasze statki penetrują jeszcze teren. M/t „Wigry” zabrały do kraju wszystkie znalezione przedmioty zatoniętego statku. Jedenastu uratowanych rybaków znajduje się w Szwecji. Wrócą via Sassnitz do Szczecina.
Do NRD udali się przedstawiciele przedsiębiorstwa: kierownik Wydziału Połowów Eugeniusz Lokajczyk i dyrektor techniczny Zdzisław Jobell.
Wciąż nieznany jest los sześciu ludzi:

  • kapitana Mariana Formeli,
  • I mechanika Klemensa Kitowskiego,
  • II mechanika Ignacego Tworzydło,
  • st. rybaka Józefa Korgiela,
  • rybaka Antoniego Rybarczyka,
  • pomocnika kucharza Eugeniusza Witkowskiego.
  • Pierwszy oficer znajduje się w Bremenhaven.

Po ostatnich słowach komunikatu wśród wszystkich załóg zapanowało ogromne przygnębienie. Tam, w Skagerraku, zginęli ich koledzy. Nadzieja na możliwość znalezienia zaginionych, żywych, w tym momencie rozbiła się jak fala o skalisty brzeg.

Przeszło dwie doby trwały poszukiwania. Już żadnej nadziei. Morze pochłonęło swoją ofiarę. Dlaczego?

29 lipca o godzinie 22.00 LT odwołano akcję ratowniczą naszych jednostek. Tragedia stała się faktem. „Mazurek” leżał na głębokości trzydziestu metrów. Niewątpliwie krył tajemnicę zatonięcia. Uratowani, po minięciu szoku, w ogniu setek pytań zadawanych przez przedstawicieli instytucji, urzędów, prasy, radia i innych – niewiele wnieśli nowego. Każdy inaczej interpretował wydarzenia następujące po sobie tego pamiętnego dnia.

Pomimo wszystko z gąszczu wypowiedzi można było wychwycić to, co miało istotny sens i tworzyło względnie logiczną całość, jakiś obraz prawdopodobieństwa… Jednak nadal to wszystko – to tylko hipotezy. Prawda leżała na dnie, bądź zabrał ją na zawsze ze sobą szyper.

* * *

Izba Morska w Szczecinie nie stwierdziła jednoznacznie, co było przyczyną dostania się wody do ładowni. Ekspertyza nurków, którzy zeszli do wraka, nie postawiła kropki nad i…

Wewnątrz lugrotrawlera znaleziono jedynie zwłoki II mechanika, Tworzydły. Los szypra i pozostałych zaginionych jest nieznany do dziś. Morze nie dało wydrzeć sobie tej tajemnicy.

Bardzo długo wśród braci rybackiej trwały dysputy wokół przyczyn zatonięcia „Mazurka”. Snuto różne hipotezy. Jednak, skoro Izba Morska ich nie wykryła – należy przyjąć jej orzeczenie.

Bogusław Borysowicz

Na podstawie wspomnień Autora wybrała: Maria Czech Sobczak

/Fragment z książki M.Czech-Sobczak i W.Kuruś-Brzezińskiego/

i Od redakcji: Feliks Gawroński – zasłużony szczecinianin; od 1960 roku w PPDiUR „Gryf”; między innymi kierował działem połowów. Działalność zawodową zakończył pływając na statkach i bazach rybackich.

0 

14Luty2010

Jeden naród?

Autor: Maria47. Kategorie: OPOWIADANIA.

Stary Karpowicz, sąsiad Władka z Siomek, lubił stroić żarty kosztem innych, ale sam za grosz nie miał poczucia humoru. Gonił dzieciarnię, a zwłaszcza chłopaków, aż za opłotki, a ci mu coraz bardziej dokuczali, prześcigając się w wymyślaniu przeróżnych przezwisk. Ponieważ nie mógł ich dogonić, obrażał się i wymachiwał laską. Nawet na psy sarkał, bo mu się zdawało, że i one są mu nieprzyjazne. Wystarczyło jego pojawienie się na ulicy, a momentalnie otaczała go hałaśliwa dzieciarnia, jakby specjalnie na ten moment przygotowana.

– Pan Karpowicz, pan Karpowicz… idzie powoli, bo go d…a boli! Pana Karpowicza znajomi spotkali i mu w tyłek nakopali – goniły go obraźliwe słowa.

– A idźcie wy na rojsty, antychrysty! – oganiał się od dziecinnej szarańczy. – Jak nie przestaniecie mi dokuczać, to was kijem złoję.

Biły matki uprzykrzonych brzdąców za ich swawolne igraszki, jednak nic nie pomagało.

* * *

Gdy znalazł się w otoczeniu kobiet, słyszał wciąż te same propozycje:

– Nogi was na pewno bolą od ciągłego stania – rechotała Paulina Lustyczowa.

– Panie Karpowicz, Bakucewicz ma maść. Takiej nikt jeszcze dotąd nie spreparował. Biedak chodził po zioła daleko, aż pod Trzebiatów, bo tam blisko morza rośnie wilcze łyko. Spieszcie się, bo jeszcze komu innemu zaaplikuje.

– Panie Karpowicz, Dominik Mandalewicz panu się kłania. Prosił, żeby wyszedł pan za stodołę. Zaprasza na ćwiartkę, a może chce z wami ubić jakiś interes na osobności – wpadła w ogólny ton uprzykrzonych żartów młoda Kryśka, przybyszka z wioski kieleckiej.

* * *

Biedny Karpowicz stał się dla wszystkich pośmiewiskiem. Im więcej się denerwował, tym złośliwiej mu dokuczano. Uratowało go nowe wydarzenie, którym zaczęła żyć wioska. Jak w każdym środowisku zawsze zdarzało się coś humorystycznego. Tym razem poznaniacy całej wiosce „wpadli w oko”.

Wieśniacy z kresów wschodnich stanowili zwartą grupę podtrzymującą swoje odrębne zwyczaje. Na skraju wsi stało kilkanaście opuszczonych domów. Dzieci bawiły się tam w chowanego lub budowały barykady i improwizowały walki partyzantów z Niemcami, zaś starsi ogołocili je doszczętnie. Z początku z mebli, a potem sięgnęli do okien i podłóg. Ciągnęli do swoich obejść to wszystko, co dało się zabrać na plecy. Nawet pojedyncza deska stanowiła cenną zdobycz – mogła się przydać przy naprawie własnego budynku, bądź też mogła zostać zużyta na rozpałkę w piecu. Na próżno Hryhorowicz przemawiał ludziom do sumienia, nawoływał i wstydził. W drastycznych przypadkach groził, że zgłosi „tam gdzie trzeba”, a jak trzeba, to będzie nawet w sądzie zeznawał pod przysięgą, co widział.

– A co by było, gdyby wy, przyjechawszy, zastali same mury? W katechiźmie jest napisane „nie czyń tego bliźniemu swemu, co tobie niemiłe”. Nie po ludzku postępujecie, nie po chrześcijańsku! Ja sam jeden upilnował dla was całą wioskę. Ani kołka w płocie nie zabrakło. Gonił ja szabrowników, by dla was było jak najwięcej.

– Bo swoimi jesteśmy – odpowiadali przybysze z Siomek. – Też porównanie! My tu przyjechawszy na stałe, a oni po co? Na pewno po szaber.

– A z innych stron to nie Polacy? Oni też tu na stałe przyjechali. Też im się należy dom, ziemia i niezbędne graty. Nie wyglądają na łobuzów.

– Czego ty się złujesz, Józefie? Wiadomo, kto pierwszy, ten lepszy. My tam zostawiwszy wszystko i w zamian za tamto to wszystko tu otrzymali.

* * *

Poznaniacy (rodem spod Wrześni), nie byli pierwsi w tym rejonie. Ich poprzednicy ciągnęli do Gryfic, Stargardu lub do samego Szczecina. Ci, którzy przybyli do wioski – w opuszczonych zagrodach znajdowali jedynie to, co leniwym przybyszom z Siomek nie chało się zabrać, albo to, co nie przedstawiało żadnej wartości użytkowej. Nie mając innego wyjścia pogodzili się szybko z tym, co zastali. Powoli przystąpili do porządkowania swoich obejść. O splądrowanie zagrody nie wiedli z nikim sporów – chodziło im wyłącznie o ziemię. Opuścili przeludnione wioski, gdzie wielodzietne rodziny nie miały już co dzielić. Tutaj ziemia miała być w jednym kawałku i blisko chałupy.

Interesowały ich także maszyny. Byli już trochę zapoznani z mechaniczną uprawą ziemi, przeto ściągali z pól zardzewiałe wraki. Ich poczynania budziły podziw pionierów ze wschodu. Jeden z poznaniaków zainteresował się nawet starym Lanz Buldogiem, który do tej pory spokojnie rdzewiał w zagajniku. Pytany przez ciekawskich, czy czasem samowaru z niego nie zrobi, żartował i wesoło odpowiadał:

– Tak jest sąsiedzie, zrobię z niego dziesięć sztuk, jeszcze wam parę odstąpię.

– Zachłanny to naród. Dać im tylko więcej ziemi i żelaza – ocenili przybyszów wilniucy. – Taki to zje i później będzie medytował, czy czasem tego, co wyrobi, następnie nie wypłukać i jeszcze raz zjeść z rodziną. Oni szybko dorobią się majątku – filozofował Franciszek Bakucewicz.

– I mówią jakoś, że wyrozumieć trudno. Co słowo to zaś, latoś, pomazańcy… plindze smażą i faryną posypują – dodał Piotr Mandalewicz.

– Niemcy, psia krew, teraz tu przyjechali i jagniątka udają. Aż dziw bierze, jak w fusaklach pyzy łapią – silił się na dowcip Antoni Karpowicz.

* * *

Tymczasem „niemcy” zadziwiali pracowitością. Od świtu do późnej nocy krzątali się wokół swoich domostw. Nie reagowali na zaczepki, ani na nierozsądne docinki zesłanych im przez los sąsiadów. Nie szukali także kontaktów towarzyskich zzabugowcami, jak w swoim środowisku wilniuków nazywali. Po kilku dniach w świeżo zasiedlonych domach jaśniały czyste szyby okien, w obejściach nie można było znaleźć ani źdźbła słomy, zardzewiałej maszyny, bądź też połamanych sprzętów gospodarczych; wszystko było powleczone świeżą farbą. Ich pracowitość i zaradność początkowo stanowiły powód do żartów i szyderstw, potem budziła podziw i zazdrość. Poniewierający się przedtem „grat” stawał się przedmiotem zawiści.

– Jak na plebanii – dziwili się niektórzy przybysze znad Wilii. – Czysto, ładnie i praktycznie.

– Ho, ho, to ci gospodarze. Tylko od nich się uczyć.

– Kiedy oni zdążyli to wszystko zrobić? Toż oni lepiej od nas potrafią gospodarzyć. Maszyny też im pomagają w ciężkiej pracy, a my tylko muskuły uznajemy.

– Uczcie się – perorował krajanom, najmądrzejszy w swoim środowisku, Hryhorowicz. – Swego nie słuchacie, to może od obcych nabierzecie rozumu… Widzicie, jak im robota pali się w rękach? Później zaczęli, a szybciej zbiorą! Tylko przyjrzyjcie się im dobrze, jeden drugiemu pomaga w razie potrzeby, a my co? Żniwa w pełni, a chęci do pracy brak. Pracujecie jak na pańskim, a nie na swoim. Co się z wami dzieje, sąsiedzi? Żołnierze za was pracują. Przecież tam, na swoim zagonku, to niejeden z was zapieprzał jak głupi osioł, do późnej nocy.

– A my to nie pracujemy? – obrazili się pozostali wieśniacy. – Widać, że wy, wujku, zapisaliście się do tych niemców. Tylko na nich patrzycie i nas porównujecie. My nie chcemy tu na stałe zostać. I tak tam, do siebie, wrócimy, to po co tutaj mamy harować? – wtrącił się najmłodszy syn Bakucewicza.

– To wcale nie Niemcy, nie powinniście się na nich boczyć. Bierzcie lepiej z nich przykład, i do roboty. A jeżeli chcecie tam wrócić, to droga wolna. Nikt was tu przecież siłą nie trzyma. Powiedz mi, smyku – zwrócił się wprost do młodego – mówisz w imieniu swoim, czy też wszystkich? Zdaje się, że twój ojciec inaczej myśli.

* * *

Nowi przybysze zdawali się nie przejmować widocznymi objawami lekceważenia i wcale nie zabiegali o względy sąsiadów. Woleli utrzymywać taki stan rzeczy, może im odpowiadał? Zresztą – nie mieli zbyt wiele czasu na jałowe dysputy, był czas żniw; absorbowała ich przede wszystkim praca w polu. Nie mogli jednak ustrzec się bliższego kontaktu z wilniukami. Okazał się on dla nich niefortunny i fatalnie zaciążył, na długie lata, na dalszym współżyciu.

Ten incydent był różnie komentowany przez wrogie sobie obozy. Jeden z poznaniaków który nosił piękne nazwisko Sobański, przyszedł do zduna, w tym okresie wybitnego fachowca, znanego na całą gryficką okolicę, z niecodzienną propozycją. Był to jego pierwszy kontrakt z ludźmi, których do tej pory widział tylko na drodze.

Sobański wszedł do kuchni, pochwalił Boga i otworzył gębę ze zdziwienia. Tak był zachwycony wnętrzem chaty, że przez dłuższy czas milczał. Trzy czwarte pomieszczenia zajmowała dziwna, wielka, piramidalna niemal konstrukcja, ziejąca osmolonym otworem. Siedziała na niej starsza kobieta i zezowała spod dużej chusty. Znajdowała się pod samym sufitem, a ponieważ siedziała wysoko, on musiał mocno zadzierać głowę, by coś zobaczyć.

– Pan do kogo? – zapytał grzecznie zdun. – Do mnie czy do mojej teściowej? – głową wskazał sufit. Słuchamy pana – zachęcał do rozmowy.

– Zduna szukam – wybełkotał zmieszany Sobański. – Powiedziano mi, że tu mieszka. Mam do niego interes.

– To ja nim jestem. Jeżeli chcecie takie cacko wybudować, to najlepiej teraz, latem, gdyż do zimy wyschnie. Nie można w nim palić gdy jest surowy.

– Chciałem postawić piece w pokojach. Muszę też naprawić płytę w kuchni. Żona nie może przygotować posiłku, tak strasznie dymi. Najpilniejsza to kuchnia, bo jeść trzeba. Podejmie się pan tej roboty?

- A po co płyta? Ja to paskudztwo wyrzucił i piec postawił – zdun mówił z charakterystycznym, śpiewnym akcentem. – Stało to, ot, takie niepozorne i na dodatek nikomu niepotrzebne. Szkoda czasu i miejsca dla takiego gówna. To co innego – dumny z dzieła, wyciągnął rękę w stronę ogromniastego pieca. – I chleb tu można upiec, i jedzenie przez cały dzień ciepłe. Rano się rozpali, a do nocy ciepło. Spać też cała rodzina może. To cała machina budowlana. Spełnia wiele funkcji.

- Ja jednak wolę płytę. Żona przyzwyczajona – zaoponował grzecznie poznaniak. – To tyle miejsca zajmuje i wygląda jak cała cegielnia. Naprawdę, wolę małą kuchenkę z płytą. Starczy nam taka, nie mamy wielkiej rodziny. Zresztą tu nie ma groźnych mrozów – usprawiedliwiał się, jak mógł najzręczniej, Sobański.

- To baby pan słucha? Ona wiadomo: włos długi, a rozum krótki. Niby wy jesteście tacy mądrzy, a z kobietami nie możecie dać rady. Niemądrze, panok, postępujesz, niemądrze – pouczał autorytatywnie zdun.

- Moja żona nie jest głupia – odpowiedział z godnością Sobański. – Nie znacie jej jeszcze i dlatego nie wolno o niej tak mówić, tylko na podstawie płci. Ona może jest mądrzejsza od niejednego mężczyzny – spojrzał z ukosa.

- Ot, tak ja pierwszy raz usłyszał, co kobieta może być mądra! Daleko im do mądrości. Pod pantofel was wzięła, to już tak zostanie. Tak po co pan ją w domu trzymasz? Zawieź do miasta i ludziom pokazuj, jak ciele z pięcioma nogami. Przynajmniej z niej będzie więcej pożytku. A tak, to co ona warta? Mądra baba.. ale powiedział. I wy, poznaniacy, uważacie się za mądrzejszych od nas? Ot, co nie dali rady babom. Tutaj to wy nas wyprzedzili.

Dalsza rozmowa nie dotyczyła już ewentualnego remontu pieców, ale przybrała typowo męsko – polski charakter, a wymiana zdań początkowo dotyczyła ustalenia, która grupa jest bardziej postępowa w zakresie emancypacji kobiet. Każdy zażarcie bronił swojej tezy. Grzeczny Sobański okazał się przeciwnikiem posiadającym obrotny język. Przewyższył w tym zakresie konserwatywnego zduna – samouka. Szybko porozstawiał po kątach rodzinę zduna i w dalszej części swojej oracji w złośliwy sposób uzasadnił niższość kultury wschodniej, a szczególnie z zacofanych wiosek Białorusi, a dalej wyliczył składnie wszystkie przywary przybyszów spod Oszmiany: właśnie ci ludzie tylko wszy i pluskwy hodują, bo nigdy nóg przed spaniem nie umyją. Potem zaczął szydzić, że „piece są miejscem zbiorowej rozpusty całej rodziny”.

W trakcie tej dyskusji stało się coś złego: zdun nie raczył dosłuchać tyrady do końca, ale walnął gościa w gębę, potem poprawił i, słaniającego się na nogach, wyrzucił z izby. Uważał, że to najlepszy sposób rozstrzygania wszelkich spraw. Tak zwykle kończył wszelkie dyskusje, gdy brakowało mu argumentów.

Dokonawszy tego dzieła wrócił do izby i dumnie zasiadł za stołem, z miną wodza po zwycięskiej batalii. Przy okazji teściową obtańcował, która, jego zdaniem niepotrzebnie wtrącała się do nie swoich spraw. Zdun niezbyt długo cieszył się swoim triumfem. Na podwórku coś się zakotłowało, dało się słyszeć stąpanie nóg. Do chaty wpadła gromada poznaniaków. Pod wodzą amatora dobrej i sprawnej płyty kuchennej gromada natarła na zaskoczonego zduna. Domyślając się powodów ich przybycia wycofał się w ciasny kąt.

- Panowie, poznaniacy, czego wy się złościcie?

Jednakże pojednawcze słowa i taktyka odwrotu nie uspokoiły napastników – zaczęła się regularna bijatyka, z tym, że mało honorowa… Potężny zdun, postrach podoszmiańskich zabaw, musiał wreszcie ulec zgranej koalicji. Może i stawiłby czoła, gdyby miał pod ręką kłonicę lub sztachetę. Ostatecznie padł z honorem, walcząc do ostatniego tchu w piersi, jak przystało na pierwszego zabijakę. Legł z nogą od krzesła w ręku, obok zniszczonych mebli i porozrzucanych po całej izbie części garderoby.

W międzyczasie wszędobylska dzieciarnia zmobilizowała odsiecz – rozprysnęła się w różne strony, informując krajan o wydarzeniu. Wieść rozniosła się lotem błyskawicy do najdalszego zakątka wsi. Przywódcy poszczególnych grup nawoływali:

- Szybciej! Szybciej! Stowejkę poznaniacy chcą zabić! Rozwalili mu chatę, niedługo zaczną mu burzyć stodołę! – nawoływano na wiejskiej drodze.

Przybysze z Siomek okazali się na poziomie. Kto żyw chwycił kłonicę. Nawet łagodny dotychczas jak baranek Mandalewicz do tego stopnia się zdenerwował, że biegł na czele grupy, groźnie nawołując. Stary Karpowicz kuśtykał, groźnie wywijając laską nieznanemu wrogowi i obiecując, że posieka go na kawałki. Baby, z reguły stanowiące w bójkach element rozsądku, zbiesiły się także. Krzyczały histerycznie, napominały swoich mężczyzn:

- Bić, zabić szwabów. Przepędzić ich stąd, niech wyrywają tam, skąd przyszli! – krzyczała piskliwie stara Mandalewiczowa.

- Wybijcie tych Niemców, zanim oni was nie pomordują! – piszczały pozostałe.

Grozę sytuacji potęgował zorganizowany opór przeciwników. Ściągali posiłki, gromadzili sprzęt obronny.

Trzeba przyznać, że dzielnie stawiali opór poznaniacy, ale przewaga liczebna i doświadczenie wilniuków zdecydowały – byli przyzwyczajeni do siłowego sposobu rozstrzygania sporów o przysłowiową miedzę. Lecz tym razem to nie była bójka w zabitej deskami wiosce wileńskiej – w tym wypadku najbardziej opanowani utracili poczucie sprawiedliwości. Tu się bili o wyższe racje!

Bakucewicz leciał, spóźniony, z najeżoną kosą, by zadać ostateczny cios. Trzeszczały kości, pękały łby…

* * *

Wojsko zapobiegło zbiorowemu mordobiciu. O pomoc błagała młoda mężatka z obozu poznaniaków. Bała się, że jej męża mocno poturbują. Błagała o interwencję.

Kompania z bagnetami na karabinach otoczyła walczący tłum. Początkowo dostało się i żołnierzom. Na postrach oddano kilka strzałów w górę, ale mało to skutkowało. Wprawdzie oddana salwa ostudziła nieco zapał bitewny, ale nie na tyle, by całkowicie jej zaniechano. Starzy frontowcy odruchowo padli, szukając osłony przed pociskiem, a baby z piskiem uciekły. Tylko młodzi jeszcze wywijali drągami i gonili uciekających.

Karetek pogotowia wówczas w Gryficach nie było. I znów wojsko przyszło z pomocą, opatrując rannych. Nie dość, że opatrywali poturbowanych, musieli jeszcze uspokajać rozjuszonych ludzi.

Samochód z ułańskimi proporczykami wywiózł rannych do szpitala. Jak za czasów frontowych ułożyli ich na skrzyni ciężarówki i pognali, aż się za nimi kurzyło. Kobiety żegnały ich, pochlipując głośno.

Pokrzywdzonych było kilkunastu. Na szczęście śmiertelnych wypadków nie zanotowano. Obeszło się bez przesłuchań prokuratorskich i wyroków sądowych. Uczestnicy straszliwej bójki wykpili się wstrząsem mózgu lub połamanymi żebrami. Tylko jeden dostał cios w ciemię, ale nie wyzionął ducha z tego powodu. Wkrótce wszyscy, w pełni sił, wrócili z gryfickiego szpitala. Przez długie tygodnie nosili blizny po odniesionych ranach. Powoli i one się wygoiły, lecz zgody nadał nie było.

Odtąd przez wioskę przebiegała linia podziału. Wyznaczała ją nie pogarda, nie lekceważenie, lecz nienawiść. Mężczyźni patrzyli na siebie z nienawiścią, a kobiety obmawiały się nawzajem. Nawet dzieci nie bawiły się razem, chociaż nie bardzo wiedziały, dlaczego ich rodzice tak bardzo się nie znoszą. Dorodny chłopak nie spojrzał na piękną dziewczynę, jeśli była z przeciwnego obozu. Święta wojna napełniła wrogością wszystkich mieszkańców wsi.

Poznaniacy próbowali szukać sprawiedliwości u władz, ale utrzymujące się wpływy przeciwników przekonały władzę, że to ich wewnętrzna sprawa i nie trzeba urzędowego dochodzenia.

* * *

Poznaniacy nie wołali już na wilniuków prawosławni, ani nie wymyślali od dziadoków, natomiast tamci nie odwzajemniali się pogardliwym pyra. Otwarta wojna przeszła w fazę wojny cichej i pogardliwej. Po prostu nie było takich słów, żeby wyrazić to, co czuli jedni wobec drugich.

Jakże wymowne i straszliwe było to milczenie. Tym straszliwsze, że dwie wrogie grupy skazane były na współżycie pod jednym niebem, w jednej wiosce. Najgorsze były wspólne spotkania w świątyni, podczas mszy lub rekolekcji. Wiara nie stanowiła zalążka spójni. Ksiądz podczas kazań niedzielnych nawoływał do pojednania.

Poznaniacy niechętnie chodzili do kościoła, bo mszę odprawiał nie ich ksiądz. Toteż często w niedzielę i święta jeździli do Trzebiatowa lub nawet do Gryfic. Mimo dalekiej drogi woleli tam jeździć, gdyż obsługiwani byli przez swoich księży, którzy razem z nimi przybyli z Wrześni lub z samego Poznania.

Przeważnie wyjeżdżali zbiorowo, demonstracyjnie, by pokazać swoją wyższość i niezależność. W słomie ukrywali, profilaktycznie, na wszelki wypadek, trochę „sprzętu obronnego”, by sięgnąć po niego w razie napaści antagonistów.

* * *

Wielu widziało najbliższą przyszłość w czarnych kolorach. Martwili się na zapas.
– Co będzie, jak zacznie się nauka w szkole? Pozabijają się dzieciuki – przepowiadał senior Hryhorowicz. – Będą się czubili za namową rodziców. Taka sytuacja nie może trwać długo, gdyż zaczniemy się wzajemnie mordować.

Nie bieduj. Nasze dzieci im się nie dadzą. Mój sam starczy za trzech pyrów – pocieszał Bakucewicz. – Ja go jeszcze trochę poduczę, jak szybko unieszkodliwić przeciwnika. Bykiem skosi wielu silniejszych od siebie.

– Ja nie o tym, Franek. Ja myślę o wszystkich dzieciukach. Co one winne, że starzy zdurnieli do reszty? Mało im wojny? Chalera, jeszcze teraz ze sobą toczą walki.

– O swoje dzieci niech się pyry martwią. A ty co taki ugodowiec? Może już ciebie zdążyli przekupić? Jeżeli tak, to ty też nasz wróg!

- Zrozum, durak, tamte i nasze są także polskie dzieci. Po jakiego czorta szczuć ich przeciwko sobie? W naszym 7 pułku też byli poznaniacy i walczyli nie gorzej od innych. Nie było między nami żadnej waśni, ani różnicy. Nie kłóciliśmy się z nimi nigdy bez powodu. Tak samo ginęli, jak i wszyscy. Co ta cholerna wojna z nami, Franek, zrobiła? Tylko bójka tobie w głowie.

– Ot, ty, Józiuk, niby swój, a jednak obcy – zakończył rozmowę Bakucewicz. – Niby trzymasz za nami, a ich bronisz. Za nimi obstajesz. Ty się zdecyduj nareszcie, po czyjej stronie stoisz.

Stary Hryhorowicz tylko westchnął… z żalem stwierdził, że ze starym Bakucewiczem tym razem się nie dogada. Doszedł do wniosku, że Hitler winien, że tacy jak Bakucewicz stali się niebezpiecznymi ludźmi, zdziczeli jakoś. Nie wiedział jednak, jak przekonać „niektórych”, że nie ma sensu prowadzić walki między sobą. Nie mając na to recepty, spojrzał smutnie na Bakucewicza i bez słowa odszedł w stronę swojej zagrody.

Rozmyślając w drodze, doszedł do wniosku, że żadna rozmowa nie zmieni toku myślenia sklerotycznego starca. Ale wkrótce życie pokazało co innego. Wspólne życie w jednej z pomorskiej wsi zmusiło ich do zgody…

* * *

Od Autorów: Celowo nie podajemy nazwy wsi, bowiem nadal żyją tam wnukowie pionierów Ziem Odzyskanych, a może ich prawnukowie. Nazwiska nie są prawdziwe, natomiast postacie jak najbardziej. Są to autentyczne przeżycia współautora książki, który ranny w czasie bitwy, został zaproszony przez znajomego z Siomek i spędził w tej wsi kilka tygodni urlopu zdrowotnego.

Maria Czech – Sobczak
Fragmenty książki Marii Czech Sobczak i Władysława Kuruś Brzezinskiego ,,Nasza ziemia, nasze prawo”.

Fragment recenzji:
,,[…] jest jeszcze jeden, ale jakże ważny z punktu widzenia pojedynczego człowieka, wymiar pisarstwa M.Czech – Sobczak i Wł. Kuruś – Brzezinskiego. Otóż byłem świadkiem, gdy jeden z bohaterów książki „Prowadziła ich wielka niedźwiedzica”, czytając fragmenty dotyczące jego frontowej biografii, wzruszył się i ukradkiem ocierał łzy, jakby wstydząc się swojej słabości. Żołnierz Armii Krajowej (ps.”Orlicz”) i frontowiec II Armii Wojska Polskiego, który niejedno w życiu widział i z niejednego pieca chleb jadł – płakał. Jestem przekonany, że chociażby tylko dla tego jednego faktu warto pisać. A swoją drogą, czy może być większe uznanie nad szczere wzruszenie czytelnika[…].

Z poważaniem – dr Bogdan Matławski.

0 

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Lipiec 2015
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Administracja