26Maj2011

Pan Stanisław z Książnicy /1/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI.

W Encyklopedii Szczecina napisano o nim:

Stanisław Krzywicki, urodzony 4.11.1933 r. w miejscowości Małowista (Podlasie, powiat sokulski). Historyk – bibliotekarz, starszy kustosz dyplomowany, działacz kultury. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim.

Praca zawodowa:

  • kierownik Referatu Bibliotek i Czytelnictwa w Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie – 1958 r.;

  • dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w latach 1962-1964,

  • wicedyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki w latach 1965-1970,

  • sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury w latach 1970-1972,

  • kierownik wydziału Miejskiej Rady Narodowej w latach 1970-1072,

  • pracownik Komitetu Wojewódzkiego PZPR w latach 1972-1974,

  • Dyrektor Książnicy Pomorskiej od 1974 …

Opublikował kilkadziesiąt artykułów dotyczących bibliotekarstwa i kultury, autor i współautor informatora o bibliotece wojewódzkiej oraz wydawnictwa źródłowego „Historyczna droga do polskiego Szczecina”. Przyczynił się do poprawy materialnej dziewiętnastu bibliotek publicznych w województwie szczecińskim, a tym samym do rozwoju czytelnictwa. Autor programu rozbudowy Książnicy Pomorskiej.

Tyle skrótów encyklopedycznych. Teraz czas na bezpośrednią rozmowę.

* * *

Stanisław Krzywicki na samym wstępie naszej rozmowy mocno zaakcentował, że uważa wszystko za możliwe. Słowo „niemożliwe” nie wchodzi u niego w rachubę. Tak postępowała jego rodzina, tak i on został ukształtowany.

Jest zdania, że należy być silnym i stanowczym człowiekiem, na wzór ludzi ze wschodu, bowiem ci ludzie w przeważającej mierze, nawet gdy reprezentowali nieliczną społeczność – potrafili dokonywać wielkich czynów. Mocno podkreślił, że w swoich rodzinnych stronach nie istnieje jako „Stanisław”, lecz jako „Witold” – gdyż Witold to mitologiczny bohater, który miał ogromną siłę wewnętrzną. Pamięta o tym zawsze, bo to, czego doznał na Kresach Wschodnich w młodości – na stare lata darzy ogromnym sentymentem.

Początki dorosłego życia wiązał z Warszawą – tam studiował historię, na Uniwersytecie Warszawskim.

Ważnym momentem dla pana Stanisława okazał się przyjazd do Szczecina – tu założył rodzinę. Właśnie tu, w Szczecinie, pojawiła się jego żona Elżbieta, a później synowie.

Niektórzy nawet mówią, że ma zdolnych synów. Jeden jest prokuratorem prokuratury apelacyjnej w Krakowie i tam też został wybrany na prezesa zrzeszenia prawników. Jest to ważna sprawa, zaszczyt i można być z tego dumnym – a rodzice są.

Córka jest ordynatorem szpitala w Szczecinie, zaś najmłodszy syn jest znanym lekarzem – biznesmenem.

– Czy można powiedzieć, że jestem ojcem zdolnych dzieci? – retorycznie pyta Stanisław Krzywicki.

Po opowieści o rodzinie pan Stanisław skupił się na swoich działaniach zawodowych oraz na pracy społecznej.

– To moje pasje. Poświęcałem i poświęcam im sporo czasu, z tym jednak, że dominantą jest praca zawodowa. Moim powołaniem okazało się szeroko pojęte bibliotekarstwo.

* * *

Wręczenie nagród konkursu Dzieje Szczecińskich Rodzin 2009. Stanisław Krzywicki w środku. /foto. W.Banaszak/

Wręczenie nagród konkursu Dzieje Szczecińskich Rodzin 2009. Stanisław Krzywicki w środku. /foto. W.Banaszak/

Stanisław Krzywicki szefuje Książnicy Pomorskiej (poprzednio zwanej Biblioteką Wojewódzką). Ta szacowna placówka kulturalno – naukowa szczyci się już ponad stuletnią tradycją.

Gmach placówki powstał ponad sto pięćdziesiąt lat temu, z przeznaczeniem na szkołę. Była to szkoła reprezentacyjna i dlatego została usytuowana w odpowiednim, widocznym miejscu. Dopiero w 1905 r. w tym budynku ulokowano bibliotekę.

W historii tej instytucji, jest pewien ewenement – długie lata urzędowania dyrektorów (z reguły dyrektorzy często się zmieniają). Pierwszy dyrektor biblioteki pracował na tym stanowisku czterdzieści lat, a pan Stanisław Krzywicki jest drugim co do długości stażu. Dzisiejsza pozycja i znaczenie kulturalne placówki są dziełem zarówno poprzedników, jak i jego samego.

W czasie działań wojennych zbiory biblioteki zostały w poważnym stopniu rozgrabione. Wiele wywieziono do różnych placówek w kraju, ba, nawet znalazły się w Szwecji.

Sytuacja po roku 1945 była wręcz tragiczna. W pierwszych latach powojennych nie sposób było odzyskać wywiezionych dzieł, choć urzędujący dyrektorzy i pracownicy czynili ogromne starania, by braki jakoś uzupełnić. Dzisiaj (rozmowa odbywała się w 2001 roku – M.Cz.Sobczak) pan Stanisław z ogromną dumą stwierdza, że szczecińska placówka jest jedną z trzech bibliotek narodowych, a to jest wielki zaszczyt dla obecnych pracowników – posiadanie tytułu biblioteki narodowej nobilituje dane środowisko. Jest to bardzo ważna sprawa, że Szczecin ma swoje „Ossolineum Północy”.

* * *

Wnioskując o rozszerzenie funkcji biblioteki pan Stanisław zakładał, że będzie ona obejmowała swoim oddziaływaniem całe Pomorze, od Elbląga, poprzez Gdańsk, aż po Szczecin.

– Skoro istniała Śląska Biblioteka Narodowa, to równie dobrze może być Pomorska, Szczecińska.

W zamiarze Stanisława Krzywickiego jest również to, aby w dużych bibliotekach, na przykład Berlina czy Hamburga, powstały działy języka polskiego. Tam jest najwięcej Polaków. Pracują i płacą podatki. Póki co, największy dział polskiej książki powstał w Hamburgu – i wtedy zainteresowanie tą biblioteką znacznie wzrosło.

Swego czasu pan Johansen (osobisty przyjaciel pana Stanisława) chciał mu pokazać dział polskiej książki – wtedy powstała wielka konsternacja, bowiem okazało się, że w bibliotece znajdowała się tylko jedna półka z polskimi książkami; były to książki przypadkowo zebrane i wyeksponowane. W Hamburgu przebywało ponad trzydzieści pięć tysięcy Polaków, a polskich książek jak na lekarstwo… Pan Stanisław dostrzegł smutek na twarzy przyjaciela.

Po pewnym czasie wspólnie zorganizowano w Hamburgu jedną z najnowocześniejszych bibliotek z polskimi zbiorami. W najbliższym okresie rozbudowę działów polskich książek przewiduje biblioteka w Berlinie.

Stanisław Krzywicki dobrze zna statystyki prowadzone przez niemieckie urzędy. I co z nich wynika? W Berlinie mieszka około sto trzydzieści pięć tysięcy obywateli polskich, a w publicznych bibliotekach jest dla nich około trzystu książek! Niemieccy koledzy Stanisława Krzywickiego byli nieco zaskoczeni tym faktem. Zadał więc pytanie swoim niemieckim kolegom po fachu:

– Dlaczego tak jest? Wszak Polacy pracujący między innymi w Berlinie nie mają najmniejszego wyboru literatury ojczystej!

Konsternacja przerodziła się w zawstydzenie.

Po tych odwiedzinach wstępnie zarysował się plan zmian w berlińskiej bibliotece – jednak niebawem padła dość zaskakująca riposta. Niemieccy urzędnicy stwierdzili, że Polacy przyjeżdżają do Niemiec i często przestają czuć się Polakami. Kurdowie czy na przykład Turcy, mieszkając i pracując w Niemczech, zachowują swoją kulturę narodową, a Polacy tego nie chcą! Nadgorliwość niektórych w „pozbywaniu się” polskości jest nie tylko widoczna – jest także bardzo niepokojąca… Charakterystyczne jest, że gdy Polacy przyjeżdżają z bogatszych części Berlina do innych miejscowości, to usilnie starają się zachować incognito, nie chcą przyznawać się do swoich korzeni.

* * *

Pan Stanisław należał do pokolenia niezwykle żądnego wiedzy. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski byli jego kolegami, z jednego rocznika studiów na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów kształtowała się jego świadomość społeczna i ekonomiczna.

Na swojej drodze życiowej spotykał wiele znakomitych osób, w tym osoby represjonowane. Pamięta generała Uziębło, który wyszedł z więzienia z powybijanymi zębami… to było wymowne doświadczenie.

Gdy tuż po ukończeniu studiów przyjechał do Szczecina, Opatrzność go nie opuszczała. W jego grupie studenckiej było 65 osób, a w terminie ukończyło studia tylko pięciu studentów, wśród których był i on. Pracowitość i odpowiedzialność zaowocowały dyplomem.

W tamtych czasach obowiązywał nakaz pracy. Po ukończeniu nauki z takim nakazem zjawił się w Nowej Soli – jako nauczyciel. Był to jednak tylko krótki i mało znaczący epizod w jego życiu. Widział siebie w innej roli zawodowej i wkrótce trafił do Szczecina. Był rok 1958 – zaproponowano mu stanowisko szefa Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej.

C.d.n.

Maria Czech – Sobczak

Fragmenty z książki Marii Czech-Sobczak i Władysława Kuruś-Brzezińskiego „Wszystkie drogi wiodły do Szczecina”.

1 

8Maj2011

Jerzy Kuczyński /1/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI.

Mogę w pewnym sensie nazwać się szczęściarą: po wielu perturbacjach umówiłam się na nagranie relacji z panem Jerzym Kuczyńskim. Kamień spadł mi z serca – wszak w monografii kombatanckiej nie może zabraknąć tak zasłużonej dla naszego województwa postaci! Byłam szczęśliwa. Tak, szczęśliwa, że nagram I przepiszę opowieść tej zasłużonej osoby i umieszczę w książce… I nagle – klapa! Grypa… angina… położyło mnie do łóżka. Łzy same pociekły z oczu. Nie, tak być nie może! Wściekła sięgnęłam po słuchawkę telefonu, wykręciłam numer (oczywiście – telefonu do współautora):

– Ty nagrywasz, przeprosiwszy bardzo pana Jerzego w moim imieniu, a ja to potem przepiszę na kartki papieru.

Władziu wyraził zgodę, a ja z ulgą umościłam sobie łóżko jak kot i wyganiałam chorobę. I tak powstała kolejna wspólna praca.

* * *

– Nazywam się Jerzy Kuczyński. Urodziłem się 8 stycznia 1926 roku w Osadzie Berezyna na Wileńszczyźnie…

(Tu przypomniałam sobie, że może nie powinnam ujawniać daty urodzenia rozmówcy, bo chyba nikt tego nie lubi, ale zaraz rozgrzeszyłam się myślą, że pan Jerzy jest tak młodzieńczy i energiczny, że przeżyte lata dodają mu tylko uroku).

– Wszyscy ci, którzy brali udział w pierwszej wojnie światowej albo działali w polskich organizacjach paramilitarnych, takich jak POW, otrzymywali 20 – 25 hektarowe działki, jako osadnicy wojskowi. Także moja matka, jako członek POW, otrzymała taką działkę w rozparcelowanym majątku. Jednak mój ojciec nie był specjalistą od rolnictwa (był mierniczym) i nie bardzo znał się na rolnictwie, przeto przenieśliśmy się całą rodziną do Wilna. Druga wojnę światową spędziliśmy w Wilnie.

W czasie wojny pracowałem, aż do wyzwolenia Wilna w 1944 roku, jako drwal. Miałem wtedy osiemnaście lat. Jak wiadomo, była próba uwolnienia Wilna przez oddziały Armii Krajowej – skończyła się tragicznie. Odbyło się to tak, że po wyzwoleniu w mieście nastąpiła wielka koncentracja oddziałów Armii Krajowej. Akowcy uważali, że będą w dalszym ciągu mogli służyć, z bronią w ręku, przy wyzwalaniu Polski. Rosjanie jednak nam na to nie pozwolili…

Zaraz po wybuchu Powstania Warszawskiego lansowano hasło: Wszyscy idą na pomoc Warszawie. Wielu młodych wstępowało do tych oddziałów. Ja także wstąpiłem do jednego z nich. Ta moja wojenna epopeja trwała osiem dni. W czasie tej koncentracji odbywały się rozmowy gen. Wilka z dowódcami radzieckimi…

Nasze oddziały wyszły z Wilna, kierując się ku Warszawie. Nie mieliśmy żadnego pojęcia, co się dzieje wokół nas. Miotaliśmy się wokół Wilna, a gdy przyjechały do nas czołgi radzieckie, wiadomo było, że sprawa się kończy… Padła więc komenda dowództwa kto chce, niech daje nura to lasu.

Kolega miał szmajsera, ja miałem jakiś włoski karabin i 6 naboi. Z tymi sześcioma nabojami zbyt bojowo nie wyglądałem. Skręciliśmy do lasu, zakopaliśmy swoją broń pod drzewem, w odległości około 30 kilometrów od Wilna. Przenocowaliśmy u przygodnego chłopa. Początkowo nie chciał nas przyjąć, po prostu się bał. Jednak ruszyło go sumienie i pokazał nam stryszek. Na drugi dzień wyszliśmy na szosę, zatrzymaliśmy Willisa, którym jechało dwóch żołnierzy radzieckich, i zabraliśmy się z nimi do miasta. Wróciłem do domu. Cała rodzina była zdumiona – dopiero co mnie pożegnali, a ja wracam po ośmiu dniach jak niepyszny… Tak skończył się mój pierwszy etap walki z bronią w ręku.

* * *

W mieście sytuacja była bardzo zróżnicowana. Mówiono, aby młodzież zgłaszała się dobrowolnie do obozu w Midnikach. Były tam internowane wszystkie partyzanckie oddziały. Plotka głosiła, iż Rosjanie oddadzą ich Anglikom. Rozsądniejsza część społeczeństwa wiedziała, że to tylko plotka, głoszona przez władze sowieckie w celu zwabienia reszty partyzantów, którzy uniknęli internowania.

Z drugiej strony krążyły plotki, iż w Wilnie zaczęła organizować się władza litewska. Wśród polaków szumiało: przecież Amerykanie nigdy na to nie pozwolą! A mi groziła mobilizacja do Armii Czerwonej.

Polacy stworzyli oddział dla osób chorych na tyfus. Oczywiście był to tylko pozór, sposób na uratowanie nas od wcielenia do radzieckiej armii. Ponieważ szpital musiał funkcjonować normalnie, były tam dwie lub trzy sale wyodrębnione właśnie dla tych tyfusowców. Trafiłem do tego szpitala, na jedną z tych sal. Nie narzekałem, był to bardzo przyjemny okres: sierpień, piękna pogoda, mama przynosiła dobre do jedzenie. I tak przesiedziało się tych sześć tygodni.

Naturalnie Amerykanie pozwolili, aby władza sowiecka coraz bardziej się wzmacniała, a razem z nimi Litwini. Rodziło się pytanie: co dalej? Chyba w październiku uznałem, że trzeba, że muszę coś ze sobą zrobić. W czasie wojny pracowałem w pralni miejskiej – pralnia została częściowo zniszczona, wobec tego zacząłem pracę w organizacji, która grupowała wszystkie zakłady rzemieślnicze w Winie. Zjawiłem się tam zaraz. Na pytanie, co potrafię, odpowiedziałem, iż jestem ślusarzem. Wysłano mnie do rzemieślnika, który miał zakład ślusarski. Był to stary przedwojenny rzemiecha. Po moim oświadczeniu, że jestem ślusarz, roześmiał się i powiedział:

– G…o ty, nie ślusarz.

Dał mi wielki młot i waliłem tym młotem w kuźni.

Z czasem sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Rosjanie zaczęli organizować w Wilnie normalne łapanki na młodych ludzi, pytali:

W partyzantkie był?

– Nie, nie był…

Znaczyt’, nie chotieł nam pomagat’

No, to do więzienia. A jak był – znaczyło, że to AK-owiec, który walczył przeciwko nim, i także za kratki! Dokumenty nic nie znaczyły. Brali je, darli i rzucali do kąta. Nie było wyjścia. Okazało się, że szukali ludzi do roboty.

Taką sytuację długo lekceważyliśmy, aż złapali mojego brata. Na tej właśnie zasadzie. To samo pytanie i bez względu na odpowiedź, od razu na milicję. Skończyło się na tym, że został wysłany do kopalni. Po roku uciekł i wrócił do Wilna.

* * *

Na jesieni 1944r. powstały w Wilnie placówki Armii Berlinga. Były to zwyczajne punkty werbunkowe. Uznaliśmy, że nie ma rady, trzeba iść do tego wojska, na ochotnika, i tym sposobem uciec z Wilna, spod ręki czerwonych. Zebrało się nas chyba z siedmiu kolegów. Przychodzimy, patrzymy – ludzie w polskich mundurach.. Tylko orzełki się nam nie podobały: takie nieciekawe kury. Ale i tak zapisaliśmy się na ochotnika do Armii Polskiej i czekaliśmy na zawiadomienie o terminie wyjazdu.

Był koniec stycznia 1945 roku. W grupie znalazło się około trzystu osób. Po uformowaniu grupy – hajda na dworzec. Naturalnie, droga wiodła przez Ostrą Bramę. Spontanicznie odśpiewalismy Nie rzucim ziemi skąd nasz ród. Szliśmy w przekonaniu, że tylko chwilowo opuszczamy nasze miasto. Na dworcu załadowano nas do pociągu.

Jechali prawie dobę. Nocą wysiedli w jakiejś wiosce, tam przenocowali. Rano znów do pociągu. Wreszcie dotarli do Włodawy, gdzie przed wojną był pułk kawaleryjski, więc były duże koszary oraz wielkie stajnie. Zakwaterowano nowo przybyłych w stajniach, na piętrowych łóżkach. Mieli z domu porządne kożuszki, buty, saperki. Jedzenie też mieli z domu dobre, smalec nasmażony w puszkach, chleb…

Mundurów jeszcze nie dali – najpierw zaczęli im zabierać to, co mieli na sobie. Dopiero potem wydali płaszcze i mundury, ale bez butów. Siedzieli więc w mundurach, bez butów… Po jakimś czasie znalazły się i buty.

Grupą rządził typowy kapral. Był niesamowicie wrzaskliwy. Nazywał się Muzyka.

Jedli na podwórku, spali w stajni, do kuchni przychodzili z menażkami po jedzenie (menażki trzeba było myć w zimnej wodzie). Któregoś dnia dostrzegli ognisko. Niebawem dowiedzieli się, że to palą ich cywilne rzeczy, albowiem zalęgły się wszy. W puszkach ze smalcem też?

Trafili do 19 Zapasowego Pułku Artylerii Ciężkiej. Wyszedł dowódca i oznajmił, iż trzeba czyścić haubice. Nie była to radosna nowina.

W tym Zapasowym PAC była już zorganizowana szkoła podoficerska. Można się było do tej szkoły dostać, jednak trzeba było czekać, aż się zakończy trwający kurs. Wielu nurtowało pytanie: a może pójść na szkołę oficerską? Przynajmniej lżejsze życie w wojsku. W końcu lutego przyjechali kupcy – nabór do oficerskiej szkoły artylerii, która stacjonowała w Chełmie Lubelskim. Pierwszy odruch – idziemy do szkoły oficerskiej! Egzamin: siedziało trzech oficerów (jak się okazało, jednym z nich był przyszły dowódca jednostki, w której Jerzy Kuczyński służył, bardzo porządny człowiek):

– Co to jest sinus (albo cosinus)? Wiesz?

Wiem.

Następny!

Pod drzwiami stała plejada kandydatów. Gdy ktoś czegoś nie wiedział, to zaraz mu podpowiadano. A kto odpowiedział poprawnie, słyszał:

– Nadaje się.

Po dwóch dniach takiego egzaminowania zakwalifikowano wszystkich chętnych, w tym ośmiu kolegów Jerzego i… Marsz (piechotą) z Włodawy do Chełma Lubelskiego (około czterdzieści kilometrów). Szli dwa dni, nocowali po drodze. Ówczesne dowództwo, które prowadziło kandydatów, popiło sobie i wszystkie dokumenty zgubiło, więc kto o tym wiedział i chciał uciec z wojska, to uciekł. Dowództwo nie wiedziało, ilu ma żołnierzy pod swoją opieką, więc żołnierze nawiewali, aż się za nimi kurzyło. Byli już w Polsce!

Natomiast Jerzy Kuczyński i jego koledzy doszli do Chełma Lubelskiego. Tam znowu byli kupcy, którzy rekrutowali do różnych baterii – było jedenaście baterii różnych rodzajów artylerii. Każda bateria szkoliła w innej specjalności. Jerzy trafił do baterii ciężkich moździerzy. Obowiązywał ośmiomiesięczny kurs oficerski. Rozpoczął się normalny tok szkolenia… Potem miały być gwiazdki i wymarsz na front. Okazało się, że ci wszyscy, którzy nie zgłosili się do szkoły, trafili do II Armii Wojska Polskiego i brali udział w ciężkich walkach pod Budziszynem (bardzo wielu chłopaków zginęło), natomiast ci, którzy trafili na ośmiomiesięczny kurs oficerski, doczekali w podchorążówce końca wojny.

8 maja 1945 – pobudka w nocy. Zebrali wszystkich przed gmachem byłej kolei państwowej, w której teraz mieściła się wojenna szkoła. Właśnie przed tym gmachem usłyszeli, że to już koniec wojny. Pamiętna data.

Szkoły oficerskie, których było wówczas za dużo (jak na czas pokoju), zaczęły tracić rację bytu. Szykowała się więc reorganizacja. Jerzego Kuczyńskiego przeniesiono z Chełma Lubelskiego do Olsztyna, do poniemieckich koszar. Tam postanowiono z dwóch szkół oficerskich stworzyć jedną. I znów rozmowy, kto chce lub nie chce zostać oficerem zawodowym – wojna się skończyła, więc nie byli potrzebni podporucznicy, którzy mieli ginąć w pierwszym szeregu na froncie…

Rada w radę, Jerzy Kuczyński i jego koledzy doszli do wniosku, iż po co im oficerstwo. Mieli za sobą parę miesięcy służby i wiedzieli, że nie jest to lekki kawałek chleba. Zadeklarowali, że nie chcą być oficerami zawodowymi.

Ci, którzy chcieli pozostać w wojsku, zostali przeniesieni do Torunia. Tam powstała jedna szkoła oficerska – OSA (Ośrodek Szkolenia Artyleryjskiego). Natomiast ci, którzy nie chcieli zostać w wojsku, zostali skierowani do różnych pułków; pomimo paromiesięcznego przeszkolenia nie dostali żadnych stopni oficerskich. Jerzy skończył służbę w wojsku bez jednej belki na ramieniu!

Trafił do Skierniewic, do Pierwszego Pułku Artylerii Lekkiej. Był to pułk zasłużony w czasie wojny. Znanym w tym pułku faktem historycznym było wciąganie działa na któreś tam piętro, w czasie walk o Berlin.

Pułk stacjonował w starych koszarach kawaleryjskich. Warunki były nie najlepsze (znów stajnie). Szykowało się jednak nowe miejsce zakwaterowania, w Wesołej pod Warszawą. Do Wesołej zostały wysłane dwa lub trzy plutony, które pełniły służbę wartowniczą, a cały pułk był w dalszym ciągu w Skierniewicach.

W Wesołej zdarzył się niesympatyczny incydent:

Koszary mieściły się tuż koło linii kolejowej, którą przejeżdżał pociąg z rosyjskimi żołnierzami odsyłanymi do Rosji. Niewesołe towarzystwo, prawie wszyscy pijani. Pociąg zatrzymał się w Wesołej. Maruderzy wyszli z wagonów i zaatakowali wartownię polskiej jednostki. Polscy żołnierze nie mieli żadnych szans obrony, było ich niewielu. Rosyjscy żołnierze rozbili polską wartownię, rozbroili i pokaleczyli polskich żołnierzy, po czym wzięli ich do niewoli, do tego pociągu…

Raptem maszynista dał gwizdek i pociąg zaczął odjeżdżać, więc polski dowódca, żołnierz młody, w stopniu podporucznika, zebrał żołnierzy, zaprzodkował cztery działa przeciwpancerne i grożąc, że będzie z nich strzelał, zatrzymał pechowy pociąg.

Zrobiła się międzynarodowa awantura – było to przecież pod samą Warszawą! Przyjechały wysokie władze i polskich żołnierzy (tych wziętych do niewoli) wypuszczono. Szukano też broni, którą im zabrano…

Rosjanie chcieli załagodzić incydent, oddając dwa karabiny za zabrany jeden. Jednak Polacy zażądali własnej broni, podając numery seryjne.

To zdarzenie bardzo zbliżyło naszych żołnierzy z ludnością Wesołej. Poranionych żołnierzy, przebywających w szpitalu, miejscowi rozpieszczali, znosząc im jedzenie i przysmaki. Poza tym jeszcze w trakcie trwania incydentu mieszkańcy Wesołej znosili w torbach, koszykach i w czym się dało – amunicję.

Jesienią 1945 roku cały pułk ulokował się w Wesołej i tu Jerzy doczekał się demobilizacji. Jednak w jego przypadku (i jemu podobnych) nastąpiły perturbacje, gdyż demobilizowano rocznikami, a on miał zaledwie dziewiętnaście lat. Wyszło na to, że będzie czekał jeszcze dwa lata, aż przyjdzie czas na jego rocznik i dopiero wtedy obejmie go demobilizacja. Młodych to podłamało…

Przed końcem służby Jerzego pojawili się kupcy ze Szkoły Lotniczej. Była to szkoła mechaników samolotowych. Owszem, miał wielką ochotę iść do tej szkoły, ale kiedy przemyślał sprawę, doszedł do wniosku, że znów zostałby rekrutem i przez kolejne trzy lata byłby w szkole oficerskiej. Powiedział sobie: nie warto!

* * *

Kiedy Jerzy Kuczyński wojował, jego ojciec wyjechał z Wilna i zatrzymał się w Białymstoku. Zrobił tak, by być blisko rodzinnego miasta i mając nadzieję, że jednak wszyscy wkrótce wrócą do Wilna. Matka została w Wilnie, bo wierzyła, że starszemu synowi jakoś uda się wrócić z zsyłki do domu – i rzeczywiście, po roku wrócił i opowiadał, że na wywózce (zesłaniu) zaprzyjaźnił się ze strażnikami, którym dał dobre buty, a w zamian dostał kapcie, ale też przepustkę do miasta. Dzięki temu wraz z kolegą uciekł. W drodze dwa razy ich łapano, jednak zawsze się wykupili i tak dojechali do Wilna. Był rok 1946.

Matka, pełna wielkiej radości i euforii, natychmiast zaczęła starać się o dokumenty legalizacyjne dla uciekiniera. Nie miał żadnego papieru, bo przecież uciekł jako aresztant i nie mógł wyjechać legalnie do Polski. Pomógł pewien młody lotnik – po prostu przewiózł go przez granicę.

W Białymstoku brat odnalazł ojca. Co dalej? Chciał się uczyć… Wyjechał do Łodzi, do swojej dziewczyny, którą poznał jeszcze w Wilnie. Ożenił się z nią i tam pozostał.

Ojciec Jerzego był intendentem w szpitalu białostockim – w jakiejś służbowej sprawie wysłano go do Szczecina. Gdy zobaczył Wały Chrobrego, stwierdził:

– Jeśli nie mogę mieszkać w Wilnie, to zamieszkam w Szczecinie.

Podjął pracę w Urzędzie Ziemskim, jako mierniczy.

W tym czasie Matka dotarła do Warszawy i tam się zatrzymała.

Cdn.

Maria Czech – Sobczak

Fragmenty z książki Marii Czech Sobczak i Władysława Kuruś Brzezińskiego „Wszystkie Drogi Wiodły do Szczecina” – „Jerzy Kuczyński – Haubicznik, później Wojewoda Szczeciński”.

Uwaga: Rozmowa z Jerzym Kuczyńskim została przeprowadzona w 2000 roku.

0 

8Maj2011

Jerzy Kuczyński /2/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI.

Jerzy Kuczyński opuścił szeregi wojskowe w 1947 roku. Jako odprawę dostał cywilny garnitur, wojskowy płaszcz, wojskową czapkę i… do widzenia, krzyżyk na drogę. U matki w Warszawie nie mógł się zatrzymać, bowiem mieszkała w maleńkim pokoiku, przy rodzinie. Postanowił jechać do ojca, do Szczecina – zjawił się tam w 1947 roku

Pierwsze zadanie: nauka. Nie miał matury, bo edukację w Wilnie zakończył na trzech klasach gimnazjum. Zatem rozpoczął naukę w gimnazjum dla dorosłych. Wcześniej wstąpił do Związku Osadników Wojskowych i od nich dostał referencje ułatwiające znalezienie pracy i przyjęcie do szkoły wieczorowej. Przyjęty został do trzeciej klasy gimnazjum – przerabiano od razu dwie klasy w ciągu jednego roku szkolnego (to było całkiem normalne w tamtych czasach). Potem szkoła średnia. W 1948 roku zdał maturę i złożył dokumenty do Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie. Został przyjęty i po trzech latach uzyskał dyplom inżyniera budownictwa morskiego. Pracę zawodową rozpoczął w Zjednoczeniu Budownictwa Morskiego – przedsiębiorstwo zajmowało się odbudową portu szczecińskiego. W tym przedsiębiorstwie przepracował siedemnaście lat, aż do momentu, kiedy firma podjęła się budowy portu morskiego na Cyprze.

Kontrakt cypryjski został źle zawarty, praca szła opornie i w końcowym efekcie dyrekcja wysłała go tam jako szefa budowy, aby ratował sytuację. Udało się – wybudowali ten port ku zadowoleniu Cypryjczyków i Anglików, którzy nadzorowali port. Z Cypru wrócił po trzech latach. W międzyczasie szczeciński oddział jego przedsiębiorstwa podupadł, nie było pracy – placówka szczecińska omal nie została zlikwidowana.

Jerzy został kierownikiem oddziału przedsiębiorstwa w Szczecinie. Niestety, w przedsiębiorstwie zaczęły się psuć stosunki międzyludzkie. Jak zwykle, zadziałała zazdrość i zawiść – z Cypru przywiózł samochód, a każdy pytał, ile jeszcze koszul sobie przywiózł i za co takie auto. Pytali prawie wszyscy, z dyrekcją włącznie – ale nikt go nie za pytał, jak tam szła praca, czy był zadowolony, czy też nie…

* * *

Rozpoczęto budowę zakładów w Policach – budowano na nowatorskich zasadach. Moda przyszła z zachodu: powołano konsorcjum, które podpisywało umowę na całość robót i przyjmowało różne przedsiębiorstwa do wykonawstwa części zadania (jako podwykonawców). Dyrektorem tego zespołu był Ignacy Wolski. Jerzemu Kuczyńskiemu zaproponowano, aby przeszedł do Polic na stanowisko naczelnego inżyniera.

Było to w roku 1967, wybuchła wojna Izraelsko-Egipska (sześciodniowa). W Policach jej konsekwencją było to, że dyrektora Wolskiego zwolniono z pracy… Wyjechał do Warszawy, do małego przedsiębiorstwa. Jerzy Kuczyński objął po nim stanowisko zespołu – w Policach pracował pięć lat. Potem otrzymał propozycję objęcia funkcji pełniącego obowiązki dyrektora Szczecińskiego Zjednoczenia Budownictwa Ogólnego, a w 1969r. został pełnoprawnym dyrektorem. Pracował tam do 1973 r.

* * *

– Pewnego dnia wezwał mnie ówczesny I Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Partii, Janusz Brych – wspomina pan Jerzy. – Było to w czasie plenum komitetu wojewódzkiego w Szczecinie, na które z Warszawy przyjechał ówczesny sekretarz KC, odpowiedzialny za sprawy kadrowe. Chciał ze mną porozmawiać – zamyśla się na chwilę, patrzy za okno, jakby tam szukał natchnienia do dalszej opowieści, a potem spokojnie kontynuuje:

– Rozmowa odbyła się w gabinecie pierwszego. Początkowo nie wiedziałem, czego ode mnie chcą, ponieważ rozmawiano ze mną bardzo ogólnikowo. Pytano o wykształcenie, o różne nieistotne sprawy. Naszą rozmowę zakończył sekretarz ogólnym stwierdzeniem, coś w stylu no, to się jeszcze spotkamy, wracajcie do pracy i róbcie swoje.

Mniej więcej po około półtora miesiąca znów został wezwany do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ówczesny sekretarz oznajmił mu, że został zaakceptowano na stanowisko wojewody szczecińskiego. Wtedy nazywało się to: Przewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. Zdziwił się, oj, jak bardzo się zdziwił…

Janusz Brych powiedział wprost, że sprawa już jest zaklepana. A potem dodał:

– Możesz oświadczyć, że nie, ja się na to nie zgadzam, nie czuję się na siłach. Możesz to zrobić – kontynuował – jednak sam wiesz, jakie będą tego konsekwencje.

Myślał dwa dni i doszedł do wniosku, że odmówić nie wypada. Po prostu propozycja ciekawa, nie do odrzucenia. Wprawdzie inna dziedzina – administracja… Całe życie pracował w budownictwie, a tu nagle administracja państwowa. Ale może trzeba spróbować innego chleba? Zresztą, dyrektor to także administrator, nie tylko fachowiec, inżynier…

W marcu 1973 roku został Przewodniczącym Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie. Było to wówczas stanowisko wybieralne, to znaczy Wojewódzka Rada Narodowa musiała się zebrać i wybrać kogoś na to stanowisko. Na taką sesję WRN przyjeżdżał ktoś z rządu, rekomendował kandydata, a cała Rada miała się wypowiedzieć przez głosowanie. I to konczyło całą procedurę.

Pan Jerzy pamięta, że przyjechał wtedy minister Kaczmarek, Przewodniczący Komitetu Nauki. Jako rekomendujący.

– Spytałem: a jeśli mnie nie wybiorą? Myślałem, że będzie zakłopotany, lecz on ze stoickim spokojem odparł:

– Nic się nie stanie, będą drugi raz głosowali? Będą tak długo głosować, aż wybiorą.

– Wówczas, pomimo wszystko, zbaraniałem… Oczywiście orientowałem się, że głosowanie jest tylko formalnością. Ale kiedy stanąłem wobec tego faktu osobiście, to jednak odebrałem to jakoś inaczej, niezbyt komfortowo – rozkłada ręce i lekko się uśmiecha. – Cóż, potwierdziło się, że co zadecydowała góra, to jest święte. No, i tak właśnie zostałem wojewodą szczecińskim.

Stanowisko wojewody piastował przez siedem lat i jeden miesiąc, do roku 1980. Ten okres wspomina bardzo dobrze.

Od ponad dwudziestu lat nie jest już wojewodą, ale nadal mieszka w Szczecinie. Wiele osób go tutaj zna i kiedy chodzi ulicami Szczecina, ludzie często podchodzą do niego, witają się, rozmawiają. Nigdy nie spotkał się z nieżyczliwym zachowaniem. Z ludźmi, z którymi łączyły go kontakty służbowe, spotkania są szczególnie serdeczne.

* * *

W tamtych czasach panowały zwyczaje przyniesione za Związku Radzieckiego – jeśli ktoś awansował wysoko w górę, a potem z tych czy innych względów był odwoływany, to w praktyce miał trzy drogi:

  • albo człowiek spadał na sam dół,

  • albo był przesuwany do dyplomacji, co było kopniakiem w bok,

  • albo awansował.

Jerzy został wpisany w tę środkową szufladkę. Zaproponowano mu stanowisko konsula generalnego w Bratysławie. Był rok 1980, bardzo trudny i nieprzyjemny okres, zwłaszcza w Czechosłowacji. Oni doskonale pamiętali polską interwencję w 1968 roku. Ponieważ w Polsce rok 1980 był bardzo niespokojny, zatem Czesi wyrażali zainteresowanie tym, ażeby Polaków uspokoić, najlepiej metodami z 1968 roku. Tym samym pobyt w Czechosłowacji okazał się mało sympatyczny – był tam tylko dwa lata, choć kadencja powinna trwać cztery.

W międzyczasie starszy syn pana Jerzego, w 1981 roku, wyjechał z żoną do Austrii i w Wiedniu uzyskał wizę do Kanady. Było to wówczas uznawane za wykroczenie polityczne – syn do Kanady, a tata konsulem?! Niemożliwe! Krótko mówiąc zwolnili go z pełnionej funkcji i po dwóch latach powrócił do Szczecina. Był już rok 1982.

* * *

Chętnie wraca do okresu, gdy był wojewodą szczecińskim. Ten okres wspomina dobrze, aczkolwiek podstawowy problem, który wtedy istniał, nie był do końca rozwiązany, choć trzeba przyznać, że Edward Gierek próbował go rozwiązać, ale nie wszystko od niego zależało…

Chodziło o to, kto rządzi w Polsce.

– Kto rządzi w tym kraju – rząd czy partia?

Gierek wymyślił slogan: Rząd rządzi, a partia kieruje. I tak było.

Wojewoda był w trudnej sytuacji, bo niby rządził, ale wszystkim kierował Komitet Wojewódzki Partii (PZPR). Komitety wojewódzkie PZPR były bardzo mocno rozbudowane. Wydziały różnego rodzaju – w każdej sprawie miały swoje zdanie, nie tylko w sprawach partyjnych, ale także administracyjnych i gospodarczych. Interesowali się wszystkimi dziedzinami życia gospodarczego, wobec czego konflikty na temat kto rządzi, a kto kieruje, i jak to ma wyglądać w praktyce (i kto za co odpowiada – z reguły nie ci z komitetów), były po prostu nieuniknione. Ważne było, aby stosunki między wojewodą a pierwszym sekretarzem KW PZPR były na tyle przyjazne, żeby obaj chcieli wygaszać nieuniknione konflikty. Nie ulega wątpliwości, że przy jakimkolwiek konflikcie stroną przegrywającą był wojewoda.

Zaistniał pewien bardzo nieprzyjemny zgrzyt, nawet nie na szczeblu wojewódzkim, ale rządowym. Sprawa dotyczyła wynagrodzeń – wszyscy naczelnicy większych miast, jak na przykład Stargard, awansowali finansowo. W pewnym momencie okazało się, że w dwóch czy trzech przypadkach wynagrodzenie naczelnika (podlegał rządowi) okazało się wyższe niż wynagrodzenie I Sekretarza Komitetu Miejskiego. Partyjni (ci z komitetu) zaprotestowali i premier Jaroszewicz po prostu przysłał wytyczne, że trzeba te anomalia wyrównać. Oczywiście należało zmniejszyć wynagrodzenie naczelnikom. Była to sprawa dla wojewody bardzo nieprzyjemna, bowiem osobiście awansował te osoby, a teraz musiał obniżyć im gaże!

Zawołał naczelnika ze Stargardu i powiedział:

– Bardzo mi przykro, ale muszę obniżyć ci pensję, zabrać parę złotych.

Nieprzyjemna sprawa – w tej sprawie dotarł do samego premiera (Jaroszewicza):

– Panie premierze, jak ja mogę takie rzeczy robić? Jak można ludziom zabierać? Przecież sami dawaliśmy te awanse, dawaliśmy im wyższe wynagrodzenie, a teraz mam mówić żeby oddawali forsę, którą im daliśmy?

Niestety, już po minie Jaroszewicza widział, że w tej sprawie jest bezradny.

Na szczęście zainteresowani rozumieli sytuację i nie robili z tego tragedii. Nie były to duże pieniądze, ale jednak było to bardzo nieprzyjemne, że człowiek musiał się godzić na obniżenie wynagrodzenia bez żadnej normalnej przyczyny, że nie wynikało to ze złego wykonywania obowiązków… Zmniejszono im pensję, ponieważ pierwszy sekretarz miał mniej! Jednak nic nie można było zrobić. Tylko zwyczajnie – było wstyd.

Współpraca z Januszem Brychem, ówczesnym pierwszym sekretarzem KW PZPR w Szczecinie, układała się dobrze. Nie było żadnych konfliktów. Były tylko nieporozumienia personalne, między innymi na tle mianowania pracowników w urzędzie wojewódzkim. W tej sprawie bardzo angażowali się sekretarze odpowiedzialni za równoległe działy w komitecie. I na tym tle dochodziło do spięć – na szczeblu dotyczącym zastępców w Urzędzie Wojewódzkim. Raz tylko Jerzy Kuczyński miał bardzo nieprzyjemny zatarg, związany ze swoim zastępcą, wicewojewodą Zbigniewem Kilińskim.

W rzeczywistości Zbigniew Kiliński nie był lubiany w Komitecie Wojewódzkim, chociaż był bardzo dobrym wicewojewodą. Jerzy próbował kilkakrotnie łagodzić nieprzyjemnie sytuacje, aż doszło do otwartego konfliktu. Wiedział, że nie może tego człowieka obronić. Zawołał go i powiedział smętnie:

– Słuchaj Zbyszek, sorry, ale jest taka sytuacja, że ja nie mogę zagwarantować ci bezpieczeństwa.

I rzeczywiście jakby wykrakał nieszczęście.

Któregoś pięknego dnia – pan Jerzy trochę się denerwuje, snując takie wspomnienia – zawołałem Zbyszka Kilińskiego, aby omówić z nim jakieś bieżące sprawy, ale coś nie grało. Zbyszek dziwnie na mnie patrzył, jednym uchem słuchał, a drugim wypuszczał. Zachowywał się tak, jakby to, co do niego mówiłem, wcale go nie interesowało. W końcu pytam:

– Zbyszek, o co chodzi?

A on na to:

– Przecież ja już nie jestem wicewojewodą.

Jakby ktoś dał w mi twarz. Nic o tym nie wiedziałem i dopiero od niego dowiaduję się prawdy! Bardzo zdenerwowany, natychmiast zadzwoniłem do I sekretarza KW, Janusza Brycha i stwierdziłem:

– To jest niedopuszczalne, tak nie można pracować. W jakiej to stawia mnie sytuacji i jak to w ogóle wygląda, kiedy mój własny pracownik mnie informuje i oświadcza, że już nie jest moim zastępcą!?

Odpowiedź była krótka:

– Co ty będziesz się w takie sprawy wtrącał? Nie przejmuj się tym, ja to sam załatwiłem.

To właśnie był przykład zgrzytów na linii administracja – partia.

* * *

Pod koniec urzędowania pana Jerzego pojawiły się kolejne konflikty z komitetem (red.: wojewódzkim PZPR). Chodziło o mieszkania, które Gierek obiecał ludziom, że któregoś roku wszyscy Polacy będą mieli mieszkania. Logika podpowiadała, że aby wszystkim dać te obiecane mieszkania, to trzeba odpowiednią ilość tych mieszkań zbudować. Przedtem zaś trzeba zaprojektować wszystko urbanistycznie i architektonicznie, trzeba znaleźć odpowiednie tereny i je uzbroić. Jest to program na wiele lat. Na tym tle dochodziło do dość ostrych konfliktów, bo po linii partyjnej wyglądało to tak:

– Skoro towarzysz Gierek powiedział, że ma być, to tyle w planie musi być.

To ja im tłumaczę (w tym miejscu pan Jerzy zdenerwował się, niemal jak przed laty):

– Ludzie, przecież ja nie mogę planować fikcyjnych mieszkań, bo za tym ciągnie się tysiące spraw. Jeżeli zaplanujemy tysiące mieszkań, to dla tysiąca musi być miejsce, lokalizacja, kanalizacja i wszystko inne.

Całe nieszczęście w tym, że wszystkie dyrektywy i rozmowy były przeprowadzane telefonicznie, a potem nie było żadnych śladów – a polecenia i odpowiedzialność pozostawały faktami kierowniczymi (zgodnie z hasłem: partia kieruje, rząd rządzi). Niestety, na to nie było rady. Krótko mówiąc, kto potrafił sobie ułożyć stosunki ze swoim komitetem, ten jakoś żył, a jeśli nie potrafił – to odchodził… Po siedmiu latach zarządzania administracją województwa musiałem odejść.

Tymczasem pod koniec lat siedemdziesiątych sprawy w kraju wyglądały źle, natomiast w 1980 roku w Komitecie Wojewódzkim PZPR została zainicjowana akcja: Partia w działaniu. To niczego nie zmieniało, ale ponieważ sytuacja była zła i coraz gorsza – to kto był odpowiedzialny?

– To chyba oczywiste – wspomina pan Jerzy z przekąsem – że odpowiedzialny był rząd i jego pracownicy. Cała administracja rządowa i terenowa! Bo przecież nie kierownicza siła narodu!

Na tej fali, po siedmiu latach pracy, w dniu imienin został odwołany ze stanowiska wojewody. Mimo wszystko tamte czasy wspomina z pewną nostalgią oraz dużą sympatią. Szczególnie mile wspomina współpracowników. Była to wyśmienita kadra fachowców. Pracowało się z nimi wspaniale.

Udało mu się dostać pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wielu byłych ważniejszych urzędników państwowych i partyjnych dostawało posady w ambasadach.

* * *

Po roku musiał wrócić, bo syn wyjechał do Kanady i tam został. Tzw. czynniki określiły to jako dezercję. Gdy wrócił z Bratysławy, żadnej ciekawej pracy nie było. W MSZ-cie, z przyczyn oczywistych, nic dla niego nie mieli. Takiego człowieka jak pan Jerzy, w tym czasie nazywano stłuczką. Ówczesny wojewoda (red.: Stanisław Malec) poradził, aby poszedł na wcześniejszą emeryturę. Akurat powstała taka możliwość. Poszedł więc na emeryturę.

Przez pierwszy rok nie bardzo miał co robić.

W tym okresie wyraźnie rosła samodzielność poszczególnych przedsiębiorstw, a zależność od ministerstwa z dnia na dzień malała. Należało inaczej myśleć i samodzielnie koncypować, mocno zastanowić nad wyborem właściwej decyzji. Była to całkowita nowość, bowiem przedtem wszyscy byli przyzwyczajeni do odgórnych decyzji. Tak więc po likwidacji obowiązkowych zjednoczeń zaczęły powstawać dobrowolne zrzeszenia przedsiębiorstw. Tak też powstało zrzeszenie przedsiębiorstw budowlanych Szczecina. Pan Jerzy został dyrektorem tego zrzeszenia. Niewiele później zgłosili się do niego panowie z Ministerstwa Budownictwa: sytuacja w Policach jest bardzo niejasnanie wiadomo, jak ustalić nową organizację przedsiębiorstwa budującego w Policach, brak dyrektyw... Minister doszedł do wniosku, że potrzebuje kogoś, kto z jego ramienia całą tę machinę opanuje. Zaproponowano, aby to on objął funkcję pełnomocnika ministerstwa do spraw budowy Zakładów Chemicznych Police. Zgodził się i przez pięć lat budował Police. Zrezygnował z emerytury i znów pracował na pełnym etacie.

* * *

Na pełnej emeryturze pan Jerzy Kuczyński jest dopiero (a może aż?) od 1990 roku. Jednak, jako osoba czynna i pełna inwencji, nie potrafił usiedzieć w domu, gdzie nie ma niczego do ulepszania ani do modernizowania. Skorzystał więc z propozycji dyrektora Książnicy Pomorskiej, pana Stanisława Krzywickiego i został jego pełnomocnikiem do spraw rozbudowy kompleksu biblioteki. Dzisiaj Książnica Pomorska jest pięknie rozbudowana, co widać gołym okiem. Kulminacją tej pracy była wizyta najwyższych prominentów krajowych i wtedy się okazało, nie jest to finał sprawy – pozostał remont generalny starej, mocno już zużytej części kompleksu bibliotecznego.

W tej części rozmowy, pan Jerzy mocno się zastanowił, po czym głosem przyciszonym rzekł:

– Chyba nie będzie mi dane święcić kolejnego tryumfu. Lata już dają znać o sobie i mogę nie zdążyć na kolejne świętowanie zakończenia rozbudowy Książnicy Szczecińskiej. To niełatwe zadanie, tym bardziej, że o środki finansowe na roboty coraz trudniej.

A potem dodał:

– Pomimo tych obiektywnych utrudnień, moja współpraca z dyrektorem Książnicy układa się wspaniale i konstruktywnie. Ten inwestycyjny wózek wspólnie toczymy naprzód. Obaj przyjęliśmy dewizę maksymalistyczną: byle więcej i jak najwięcej dokonać na froncie prac budowalno-remontowych.

* * *

Jeżeli chodzi o współpracę ze Szczecińskim Towarzystwem Kulturalnym, to pan Jerzy zaakcentował, iż praca tego towarzystwa jest ważna i ma bardzo głębokie korzenie. Przypomniał też, że gdy był wojewodą szczecińskim, obowiązywał zwyczaj, iż dyrektorem Szczecińskiego Towarzystwa Kultury był zawsze wojewoda. Oczywiście była to funkcja honorowa, a wojewoda nie kierował osobiście pracą Towarzystwa, lecz do tych czynności zobligowani byli inni pracownicy.

– Nie ma powodów do ukrywania rzeczywistości – wyjaśnił. – Tym niemniej starałem się zwracać uwagę na to, co w STK się dzieje. I zawsze cieszyły mnie jego dokonania.

Towarzystwo miało ogromne oparcie w wojewodzie i nie tylko pod względem czysto prestiżowym – wojewoda miał możliwości finansowe, i ta pomoc, jak na skromne potrzeby STK, była wystarczająca. Przez cały okres swojego urzędowania na stanowisku wojewody, przez siedem lat, pan Jerzy Kuczyński był także Przewodniczącym Szczecińskiego Towarzystwa Kultury. Po ustąpieniu ze stanowiska kontakty pana Jerzego Kuczyńskiego z STK urwały się definitywnie, z bardzo prozaicznego powodu – wyjazd za granicę i pobyt tam oderwały go od wszelkich spraw szczecińskich. Jednak po powrocie do domu spotkał ówczesnego prezesa STK, pana Władysława Daniszewskiego, który bez zbędnych wstępów zapytał, czy nie chciałby wejść w skład zarządu i nieco popracować w tym środowisku, które swego czasu traktował poważnie i były tego widoczne efekty. Wtedy odżyły dobre wspomnienia, a ponadto spotykał się z przyjaznymi dla siebie ludźmi, którzy doskonale pamiętali czasy, kiedy jako wojewoda wspierał finansowo bliskie sercu Towarzystwo.

Miło było wysłuchać propozycji dalszej współpracy z STK, jednak realia skłaniały do odmowy przyjęcia przewodnictwa po Władysławie Daniszewskim – pan Jerzy realnie oceniał swoje możliwości. Zaczął więc tłumaczyć, że urzędującym prezesem STK musi być człowiek aktywny zawodowo, mający szerokie kontakty i dojścia do różnych urzędów… Dawniejsi notable, szczególnie emerytowani, już się nie liczą, a tym samym nie mogą nic konkretnego zdziałać, a szczególnie pozyskać pieniędzy dla środowisk twórczych. Dlatego właśnie nie podjął się objęcia tej zaszczytnej funkcji społecznej, po prostu nie widział szans sprostania oczekiwaniom. Uważał, że najlepszym kandydatem będzie człowiek czynny zawodowo, z odpowiednimi kontaktami i kompetentny w działaniu. Takim człowiekiem mógł być Stanisław Krzywicki, ówczesny dyrektor Książnicy Pomorskiej.

– Jednocześnie zadeklarowałem, że w przypadku uzasadnionej nieobecności pana Stanisława Krzywickiego, każdorazowo chętnie go zastąpię. I tak owocnie pracujemy do chwili obecnej.

  • Szczecińskie Towarzystwo Kulturalne mieści się w Zamku Książąt Pomorskich, w eksponowanym i historycznym obiekcie. Kierownictwo Zamku nie może być filantropem, ponieważ samo boryka się z poważnymi trudnościami finansowymi. Nic dziwnego, że dyrektor Zamku upomina się o czynsz, światło, ogrzewanie i koszty rozmów telefonicznych. Wszystko w obecnych czasach kosztuje, nawet dzieła kultury stają się towarem, za który trzeba płacić, więc sam nie wiem, na jakiej zasadzie Towarzystwo nadal prosperuje – przyznał szczerze pan Jerzy Kuczyński.

    * * *

Wyjaśniamy: Szczecińskie Towarzystwo Kulturalne działa obecnie wyłącznie dzięki dobrej woli pani Urszuli Rosłaniec. Jest ona jego podporą i fundamentem. Pani Urszula pracuje w biurze towarzystwa, maluje obrazy, które często sprzedaje, by zdobyć środki dla Towarzystwa. I tak od lat własną pracę i pieniądze przeznacza na szlachetny cel. Czasem udaje jej się pozyskać nieco gotówki, jednak konto jest zazwyczaj czyste. Najgorsze, że nic nie wskazuje na poprawę sytuacji. Rzeczywistość jest ponura i beznadziejna. Jak długo ten stan rzeczy pani Urszula będzie w stanie wytrzymać?!

Opracowując sylwetkę pana Jerzego Kuczyńskiego równocześnie wspominałam i rozmyślałam nad dniem dzisiejszym. Trochę mnie szokują pewne sprawy – w naszym kraju dzieje się nieciekawie. Niektórzy biorą nienależne im dobra garściami, gdyż usadowili się na intratnych stołkach, nie bacząc ani na jutro, ani na innych, szczególnie żyjących w niedostatku. Co będzie jutro? Nieważne!!! I tak nikt ich nie rozliczy. Najczęściej, gdy tacy się nachapią idą spokojnie na odpoczynek, biorąc krociowe odprawy. Ba, jeszcze władze im dziękują i o order występują! Jakoś trudno takie rzeczy tolerować pokoleniu Kolumbów.

To moje odczucia, wyrażam osobiste zdanie. Ale chyba nikogo nie będzie interesować, że jestem zbulwersowana postępowaniem rządzących.

Z szacunkiem umieszczamy biogram pana Jerzego Kuczyńskiego obok biogramów innych kombatantów zrzeszonych w Związku Inwalidów Wojennych. On także jest kombatantem, bowiem odbywał służbę wojskową w czasie II wojny światowej, pod dowództwem generała Berlinga. Niewątpliwie nie tylko my, autorzy kilku monografii, doceniamy jego wszechstronną działalność organizatorską (budowlaną, administracyjną i społeczną). Jest to znacząca osobowość, nietuzinkowy człowiek, a zarazem budowniczy wielu obiektów województwa Zachodniopomorskiego.

Maria Czech – Sobczak

Fragmenty z książki Marii Czech Sobczak i Władysława Kuruś Brzezińskiego „Wszystkie Drogi Wiodły do Szczecina” – „Jerzy Kuczyński – Haubicznik, później Wojewoda Szczeciński”.

Uwaga: Rozmowa z Jerzym Kuczyńskim została przeprowadzona w 2000 roku.

0 

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Administracja