26 Maj 2011

Pan Stanisław z Książnicy /2/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI .

Był rok 1958. Stanisławowi Krzywickiemu zaproponowano stanowisko szefa Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie; nakazano rządzenie szczecińską kulturą. Był to okres dużych zmian personalnych – bezpośrednim przełożonym Stanisława Krzywickiego był wojewoda Włodzimierz Migoń, który nie tylko nagradzał, ale także karał, czasem niezbyt sprawiedliwie. Na przykład w czasie wyjazdu służbowego do Myśliborza (jako wizytator) Stanisław Krzywicki dowiedział się, że pracowała tam kuzynka samego wojewody – od dłuższego czasu nie pojawiała się w pracy. W tej sytuacji wizytujący wydał polecenie tamtejszemu kierownikowi natychmiastowego zwolnienia „wojewodzianki” z pracy… Za tę regulaminową decyzję został ukarany – otrzymał naganę, którą odebrał z wielkim smutkiem.

* * *

Z racji piastowania stanowiska dyrektorskiego w gabinecie Stanisława Krzywickiego pojawił się Józef Wiłkomorski, dyrektor i zarazem dyrygent Szczecińskiej Filharmonii. Z miejsca oświadczył:

– Musi pan przyjąć do wiadomości, że ja panu nie podlegam, ponieważ sam Minister Kultury dał mi nominację i pobory. On jest moim szefem i tylko jemu podlegam!

W tym czasie zastępcą Stanisława Krzywickiego był pan Szulc – otrzymał pobory znacznie przewyższające te, które Józefowi Wiłkomirskiemu nadał Minister Kultury. W gabinecie Stanisława ponownie pojawił się Józef Wiłkomorski, wyrażając (w dość ostrej formie) pretensje:

– Jak to może być, że pana zastępca ma wynagrodzenie znacznie wyższe od dyrektora naczelnego Filharmonii Szczecińskiej?

Stanisław Krzywicki ze stoickim spokojem odrzekł, że nie ma na to wpływu, ponieważ pobory dyrektora naczelnego filharmonii są zależne są od ministra, któremu on jedynie podlega. W tej sytuacji jedyne, co może poradzić dyrektor wydziału kultury, to zażalenie do ministra.

I jeszcze zapytał:

– Więc pan, panie Józefie, woli ministra czy mnie?

Tak właśnie wyglądały „rozmowy między panem a plebanem”.

* * *

W niewielkiej odległości od Szczecina znajduje się niewielka miejscowość Jezierzyce, która swego czasu należała do pewnego hrabiego, właściciela m.in. pałacu, kawałka lasu i jeziora. Po pewnym czasie czasie te dobra stały się własnością hrabiów Ledóchowskich. Potem przyszła wojna i wszystkie „te” zmiany…

Jezierzyce to miejscowość urocza, powabna i z tych względów pan Stanisław wystąpił z wnioskiem o przyznanie Szczecińskiemu Towarzystwu Kultury tych dóbr. Uzasadniał to tym, że zamierza w Jezierzycach zorganizować dom pracy dla szczecińskich twórców. Korzystając ze sprzyjającej okazji prawnej, pozbył się dotychczasowych właścicieli (tych powojennych) i przejął pałac z otoczeniem. Jednak z czasem duma z posiadania tak wspaniałego „gospodarstwa” zaczęła ciążyć. Okazało się, że bardzo trudno jest zdobyć środki finansowe na odrestaurowanie obiektu. Wydział Kultury WRN nie miał do dyspozycji tak dużych, niemal astronomicznych kwot, a wtedy „właściciel” stanął przed poważnym problemem, czy cieszyć się z podjętej decyzji, czy raczej martwić się.

Okazało się, jak młody dyrektor Wydziału Kultury jest naiwny… Brakowało mu odpowiedniego doświadczenia w inwestycyjnych poczynaniach. Nie mógł mieć do nikogo pretensji, bo pamiętał, że kilka życzliwych osób zniechęcało go do tego rodzaju transakcji. U niego jednak przemogła chęć imponowania „takim” majątkiem, wzięła górę nad rozsądkiem. Kiedy okazało się, że „nie wydoli”, próbował pozbyć się tego bardzo kłopotliwego nabytku przy pomocy różnych sztuczek prawnych. Przyjaciele pomagali jak potrafili, jednak nie obywało się bez wypominków, by „więcej nie pakował się w takie interesy”.

Z tego wydarzenia pozostała konkluzja: łatwiej pałac nabyć niż się go pozbyć.

Prawda jest zaś taka, że przed laty łatwiej było coś wartościowego otrzymać, niż (w razie niepowodzenia) pozbyć się takiego balastu. Po transformacji ustrojowej jest odwrotnie – łatwiej jest się czegoś pozbyć (nawet wbrew swej woli), niż coś dostać.

Stanisław Krzywicki o perypetiach z Jezierzycami mówił niezbyt chętnie, stwierdził jedynie, że przy pomocy przyjaznych osób udało mu się pozbyć kłopotliwego (choć przecież wartościowego) kompleksu pałacowo – leśno – wodnego. Uchylił jednak rąbka tajemnicy, przyznając, że jedną z takich osób był ówczesny przewodniczący WRN, Marian Łempicki. On właśnie zwykł mawiać:

– Po co ci taki kompleks z zabytkową budowlą? Zrezygnuj z tej własności, bowiem kiedyś posądzą cię o to, że przywłaszczyłeś sobie cudze.

* * *

Słuchając wspomnień Stanisława Krzywickiego, nasuwa się refleksja: młody, energiczny i ambitny człowiek chciał jak najlepiej dla podległych sobie organizacji artystycznych, lecz nie mógł przewidzieć wszystkich realnych, nieraz brutalnych konsekwencji. Był wdzięczny dobrym i życzliwym doradcom, rozumiał także oponentów. Pomimo błędów musiano doceniać jego wysiłki i osiągnięcia, ponieważ dwukrotnie proponowano mu objęcie teki ministra kultury. Dwukrotnie wzywano go do Warszawy i tam składano mu tego rodzaju propozycje. Wbrew oczekiwaniom przyjaciół jednak stanowiska nie objął – uważał, że jeszcze nie nabył odpowiedniego doświadczenia życiowego i zawodowego.

Przyjął natomiast propozycję objęcia kierownictwa odpowiedniego wydziału KC PZPR, jakby rekompensując tym rezygnację ze stanowiska ministra. Tam jednak nie zagrzał długo miejsca, choć wydawało się to wygodne stanowisko – rzeczywiście kierowało się kulturą w całym kraju, natomiast odpowiedzialność za niepowodzenia spadała na kogo innego (było to zgodne z hasłem, że „partia kieruje – rząd rządzi i odpowiada”). Pomimo to „jakoś nie zagrzał stołka”.

Oprócz wielu „cieni” tamten okres był także dla kultury korzystny:

– Władze PRL naprawdę doceniały kulturę i twórców. Wówczas na kulturę rząd przeznaczał 3 procent dochodu narodowego, a w 2000 r. tylko 0,3 procent. Komentarz jest w tym przypadku zbędny.

W czasie pracy w KC zdarzały się przyjemności, a nawet zaszczyty, ot, choćby piastowanie funkcji członka zespołu kultury narodowej przy boku tak znakomitej osobistości naukowej, jaką był profesor Suchodolski.

– Mimo generalnego potępienia minionego okresu dziejowego, władze PRL doceniały tak ważny dział, jakim była i jest kultura. Natomiast obecnie, w dobie braku środków prawie na wszystko, kultura zeszła na margines zainteresowania rządzących.

Ze smutkiem i żalem pan Stanisław zjawiska te uwypukla twierdząc, że rządząca „Solidarność” nie tylko nie docenia, lecz wręcz nie lubi kultury:

– Moja frustracja jest spotęgowana chociażby i tym, że na „swoim terenie” zakładałem komórkę „Solidarności”.

* * *

Otwarcie wystawy malarstwa STK w 2007r. St. Krzywicki pierwszy od lewej. /foto: W.Banaszak/

Otwarcie wystawy malarstwa STK w 2007r. Stanisław Krzywicki pierwszy od lewej. /foto: W.Banaszak/

Pan Stanisław twierdzi, że obejmując funkcję dyrektora Biblioteki Wojewódzkiej w Szczecinie (później przemianowanej na Książnicę Pomorską) miał dużo szczęścia. Ta zasłużona placówka kulturalna legitymuje się stuletnią działalnością i ma za sobą historyczne dokonania, także w ostatnim czasie.

Z dużym sentymentem wspomina dobrą współpracę z kolejnymi wojewodami. Na przykład wojewoda Jerzy Kuczyński był nie tylko wyjątkowo mądrym człowiekiem, lecz także mocno wspierał inicjatywy w zakresie gromadzenia zbiorów i modernizacji zaplecza technicznego Książnicy. Interesował się masową kulturą i dbał zarówno o artystów, jak też o ludzi propagujących kulturę; pamiętał też o wielkich i małych mecenasach kultury. Miał zwyczaj pokazywania gościom zbiorów bibliotecznych, rozmawiał o czytelnictwie i tworzeniu wszelkiego rodzaju dzieł sztuki, w tym książek. Zasługą Jerzego Kuczyńskiego jest okazały, imponująco piękny i przestronny gmach.

– Jerzy Kuczyński miał ogromny udział w rozbudowie Książnicy Pomorskiej – mówi pan Stanisław. – Rozbudowa trwała dwa lata i wtedy utrwaliły się nasze kontakty służbowe (chociaż nasza osobista przyjaźń została zadzierzgnięta wcześniej). Przyjaźnimy się nadal, ponieważ mamy podobne pasje (pan Jerzy Kuczyński jest „utrwalony” w „Salonie” i dlatego tutaj pomijam szerszy opis jego sylwetki – Maria Cz.Sob.).

– Czym ma być Książnica Pomorska w niedalekiej przeszłości? Zamierzam odzyskać to wszystko, co swego czasu czasu z Polski wywieziono.

Nie wszystkie kraje są chętne do zwrotu polskich dzieł, pomimo naszych nacisków. Dotyczy to między innymi Francji, Niemiec i Rosji. Choć z drugiej strony… Rosja jest nawet przychylna i gotowa wszcząć na ten temat rozmowy. Może o tym świadczyć chociażby ostatni akces współpracy dyrektora biblioteki carów, który deklaruje przekazanie cennych dzieł właśnie Szczecinowi, na utworzenie działu o charakterze słowiańskim. Należy więc wierzyć, iż niebawem zbiory „słowiańskie” dotrą do Szczecina i staniemy się posiadaczami zbiorów, które umożliwią nam wyjście na arenę międzynarodową. Ważne jest i to, że rosyjskie placówki oferują współpracę merytoryczną i dydaktyczną.

C.d.n.
Maria Czech – Sobczak
Fragmenty z książki Marii Czech-Sobczak i Władysława Kuruś-Brzezińskiego „Wszystkie drogi wiodły do Szczecina”.
Wszystkie teksty są autoryzowane.

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Administracja