8 Maj 2011

Jerzy Kuczyński /1/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI .

Mogę w pewnym sensie nazwać się szczęściarą: po wielu perturbacjach umówiłam się na nagranie relacji z panem Jerzym Kuczyńskim. Kamień spadł mi z serca – wszak w monografii kombatanckiej nie może zabraknąć tak zasłużonej dla naszego województwa postaci! Byłam szczęśliwa. Tak, szczęśliwa, że nagram I przepiszę opowieść tej zasłużonej osoby i umieszczę w książce… I nagle – klapa! Grypa… angina… położyło mnie do łóżka. Łzy same pociekły z oczu. Nie, tak być nie może! Wściekła sięgnęłam po słuchawkę telefonu, wykręciłam numer (oczywiście – telefonu do współautora):

– Ty nagrywasz, przeprosiwszy bardzo pana Jerzego w moim imieniu, a ja to potem przepiszę na kartki papieru.

Władziu wyraził zgodę, a ja z ulgą umościłam sobie łóżko jak kot i wyganiałam chorobę. I tak powstała kolejna wspólna praca.

* * *

– Nazywam się Jerzy Kuczyński. Urodziłem się 8 stycznia 1926 roku w Osadzie Berezyna na Wileńszczyźnie…

(Tu przypomniałam sobie, że może nie powinnam ujawniać daty urodzenia rozmówcy, bo chyba nikt tego nie lubi, ale zaraz rozgrzeszyłam się myślą, że pan Jerzy jest tak młodzieńczy i energiczny, że przeżyte lata dodają mu tylko uroku).

– Wszyscy ci, którzy brali udział w pierwszej wojnie światowej albo działali w polskich organizacjach paramilitarnych, takich jak POW, otrzymywali 20 – 25 hektarowe działki, jako osadnicy wojskowi. Także moja matka, jako członek POW, otrzymała taką działkę w rozparcelowanym majątku. Jednak mój ojciec nie był specjalistą od rolnictwa (był mierniczym) i nie bardzo znał się na rolnictwie, przeto przenieśliśmy się całą rodziną do Wilna. Druga wojnę światową spędziliśmy w Wilnie.

W czasie wojny pracowałem, aż do wyzwolenia Wilna w 1944 roku, jako drwal. Miałem wtedy osiemnaście lat. Jak wiadomo, była próba uwolnienia Wilna przez oddziały Armii Krajowej – skończyła się tragicznie. Odbyło się to tak, że po wyzwoleniu w mieście nastąpiła wielka koncentracja oddziałów Armii Krajowej. Akowcy uważali, że będą w dalszym ciągu mogli służyć, z bronią w ręku, przy wyzwalaniu Polski. Rosjanie jednak nam na to nie pozwolili…

Zaraz po wybuchu Powstania Warszawskiego lansowano hasło: Wszyscy idą na pomoc Warszawie. Wielu młodych wstępowało do tych oddziałów. Ja także wstąpiłem do jednego z nich. Ta moja wojenna epopeja trwała osiem dni. W czasie tej koncentracji odbywały się rozmowy gen. Wilka z dowódcami radzieckimi…

Nasze oddziały wyszły z Wilna, kierując się ku Warszawie. Nie mieliśmy żadnego pojęcia, co się dzieje wokół nas. Miotaliśmy się wokół Wilna, a gdy przyjechały do nas czołgi radzieckie, wiadomo było, że sprawa się kończy… Padła więc komenda dowództwa kto chce, niech daje nura to lasu.

Kolega miał szmajsera, ja miałem jakiś włoski karabin i 6 naboi. Z tymi sześcioma nabojami zbyt bojowo nie wyglądałem. Skręciliśmy do lasu, zakopaliśmy swoją broń pod drzewem, w odległości około 30 kilometrów od Wilna. Przenocowaliśmy u przygodnego chłopa. Początkowo nie chciał nas przyjąć, po prostu się bał. Jednak ruszyło go sumienie i pokazał nam stryszek. Na drugi dzień wyszliśmy na szosę, zatrzymaliśmy Willisa, którym jechało dwóch żołnierzy radzieckich, i zabraliśmy się z nimi do miasta. Wróciłem do domu. Cała rodzina była zdumiona – dopiero co mnie pożegnali, a ja wracam po ośmiu dniach jak niepyszny… Tak skończył się mój pierwszy etap walki z bronią w ręku.

* * *

W mieście sytuacja była bardzo zróżnicowana. Mówiono, aby młodzież zgłaszała się dobrowolnie do obozu w Midnikach. Były tam internowane wszystkie partyzanckie oddziały. Plotka głosiła, iż Rosjanie oddadzą ich Anglikom. Rozsądniejsza część społeczeństwa wiedziała, że to tylko plotka, głoszona przez władze sowieckie w celu zwabienia reszty partyzantów, którzy uniknęli internowania.

Z drugiej strony krążyły plotki, iż w Wilnie zaczęła organizować się władza litewska. Wśród polaków szumiało: przecież Amerykanie nigdy na to nie pozwolą! A mi groziła mobilizacja do Armii Czerwonej.

Polacy stworzyli oddział dla osób chorych na tyfus. Oczywiście był to tylko pozór, sposób na uratowanie nas od wcielenia do radzieckiej armii. Ponieważ szpital musiał funkcjonować normalnie, były tam dwie lub trzy sale wyodrębnione właśnie dla tych tyfusowców. Trafiłem do tego szpitala, na jedną z tych sal. Nie narzekałem, był to bardzo przyjemny okres: sierpień, piękna pogoda, mama przynosiła dobre do jedzenie. I tak przesiedziało się tych sześć tygodni.

Naturalnie Amerykanie pozwolili, aby władza sowiecka coraz bardziej się wzmacniała, a razem z nimi Litwini. Rodziło się pytanie: co dalej? Chyba w październiku uznałem, że trzeba, że muszę coś ze sobą zrobić. W czasie wojny pracowałem w pralni miejskiej – pralnia została częściowo zniszczona, wobec tego zacząłem pracę w organizacji, która grupowała wszystkie zakłady rzemieślnicze w Winie. Zjawiłem się tam zaraz. Na pytanie, co potrafię, odpowiedziałem, iż jestem ślusarzem. Wysłano mnie do rzemieślnika, który miał zakład ślusarski. Był to stary przedwojenny rzemiecha. Po moim oświadczeniu, że jestem ślusarz, roześmiał się i powiedział:

– G…o ty, nie ślusarz.

Dał mi wielki młot i waliłem tym młotem w kuźni.

Z czasem sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Rosjanie zaczęli organizować w Wilnie normalne łapanki na młodych ludzi, pytali:

W partyzantkie był?

– Nie, nie był…

Znaczyt’, nie chotieł nam pomagat’

No, to do więzienia. A jak był – znaczyło, że to AK-owiec, który walczył przeciwko nim, i także za kratki! Dokumenty nic nie znaczyły. Brali je, darli i rzucali do kąta. Nie było wyjścia. Okazało się, że szukali ludzi do roboty.

Taką sytuację długo lekceważyliśmy, aż złapali mojego brata. Na tej właśnie zasadzie. To samo pytanie i bez względu na odpowiedź, od razu na milicję. Skończyło się na tym, że został wysłany do kopalni. Po roku uciekł i wrócił do Wilna.

* * *

Na jesieni 1944r. powstały w Wilnie placówki Armii Berlinga. Były to zwyczajne punkty werbunkowe. Uznaliśmy, że nie ma rady, trzeba iść do tego wojska, na ochotnika, i tym sposobem uciec z Wilna, spod ręki czerwonych. Zebrało się nas chyba z siedmiu kolegów. Przychodzimy, patrzymy – ludzie w polskich mundurach.. Tylko orzełki się nam nie podobały: takie nieciekawe kury. Ale i tak zapisaliśmy się na ochotnika do Armii Polskiej i czekaliśmy na zawiadomienie o terminie wyjazdu.

Był koniec stycznia 1945 roku. W grupie znalazło się około trzystu osób. Po uformowaniu grupy – hajda na dworzec. Naturalnie, droga wiodła przez Ostrą Bramę. Spontanicznie odśpiewalismy Nie rzucim ziemi skąd nasz ród. Szliśmy w przekonaniu, że tylko chwilowo opuszczamy nasze miasto. Na dworcu załadowano nas do pociągu.

Jechali prawie dobę. Nocą wysiedli w jakiejś wiosce, tam przenocowali. Rano znów do pociągu. Wreszcie dotarli do Włodawy, gdzie przed wojną był pułk kawaleryjski, więc były duże koszary oraz wielkie stajnie. Zakwaterowano nowo przybyłych w stajniach, na piętrowych łóżkach. Mieli z domu porządne kożuszki, buty, saperki. Jedzenie też mieli z domu dobre, smalec nasmażony w puszkach, chleb…

Mundurów jeszcze nie dali – najpierw zaczęli im zabierać to, co mieli na sobie. Dopiero potem wydali płaszcze i mundury, ale bez butów. Siedzieli więc w mundurach, bez butów… Po jakimś czasie znalazły się i buty.

Grupą rządził typowy kapral. Był niesamowicie wrzaskliwy. Nazywał się Muzyka.

Jedli na podwórku, spali w stajni, do kuchni przychodzili z menażkami po jedzenie (menażki trzeba było myć w zimnej wodzie). Któregoś dnia dostrzegli ognisko. Niebawem dowiedzieli się, że to palą ich cywilne rzeczy, albowiem zalęgły się wszy. W puszkach ze smalcem też?

Trafili do 19 Zapasowego Pułku Artylerii Ciężkiej. Wyszedł dowódca i oznajmił, iż trzeba czyścić haubice. Nie była to radosna nowina.

W tym Zapasowym PAC była już zorganizowana szkoła podoficerska. Można się było do tej szkoły dostać, jednak trzeba było czekać, aż się zakończy trwający kurs. Wielu nurtowało pytanie: a może pójść na szkołę oficerską? Przynajmniej lżejsze życie w wojsku. W końcu lutego przyjechali kupcy – nabór do oficerskiej szkoły artylerii, która stacjonowała w Chełmie Lubelskim. Pierwszy odruch – idziemy do szkoły oficerskiej! Egzamin: siedziało trzech oficerów (jak się okazało, jednym z nich był przyszły dowódca jednostki, w której Jerzy Kuczyński służył, bardzo porządny człowiek):

– Co to jest sinus (albo cosinus)? Wiesz?

Wiem.

Następny!

Pod drzwiami stała plejada kandydatów. Gdy ktoś czegoś nie wiedział, to zaraz mu podpowiadano. A kto odpowiedział poprawnie, słyszał:

– Nadaje się.

Po dwóch dniach takiego egzaminowania zakwalifikowano wszystkich chętnych, w tym ośmiu kolegów Jerzego i… Marsz (piechotą) z Włodawy do Chełma Lubelskiego (około czterdzieści kilometrów). Szli dwa dni, nocowali po drodze. Ówczesne dowództwo, które prowadziło kandydatów, popiło sobie i wszystkie dokumenty zgubiło, więc kto o tym wiedział i chciał uciec z wojska, to uciekł. Dowództwo nie wiedziało, ilu ma żołnierzy pod swoją opieką, więc żołnierze nawiewali, aż się za nimi kurzyło. Byli już w Polsce!

Natomiast Jerzy Kuczyński i jego koledzy doszli do Chełma Lubelskiego. Tam znowu byli kupcy, którzy rekrutowali do różnych baterii – było jedenaście baterii różnych rodzajów artylerii. Każda bateria szkoliła w innej specjalności. Jerzy trafił do baterii ciężkich moździerzy. Obowiązywał ośmiomiesięczny kurs oficerski. Rozpoczął się normalny tok szkolenia… Potem miały być gwiazdki i wymarsz na front. Okazało się, że ci wszyscy, którzy nie zgłosili się do szkoły, trafili do II Armii Wojska Polskiego i brali udział w ciężkich walkach pod Budziszynem (bardzo wielu chłopaków zginęło), natomiast ci, którzy trafili na ośmiomiesięczny kurs oficerski, doczekali w podchorążówce końca wojny.

8 maja 1945 – pobudka w nocy. Zebrali wszystkich przed gmachem byłej kolei państwowej, w której teraz mieściła się wojenna szkoła. Właśnie przed tym gmachem usłyszeli, że to już koniec wojny. Pamiętna data.

Szkoły oficerskie, których było wówczas za dużo (jak na czas pokoju), zaczęły tracić rację bytu. Szykowała się więc reorganizacja. Jerzego Kuczyńskiego przeniesiono z Chełma Lubelskiego do Olsztyna, do poniemieckich koszar. Tam postanowiono z dwóch szkół oficerskich stworzyć jedną. I znów rozmowy, kto chce lub nie chce zostać oficerem zawodowym – wojna się skończyła, więc nie byli potrzebni podporucznicy, którzy mieli ginąć w pierwszym szeregu na froncie…

Rada w radę, Jerzy Kuczyński i jego koledzy doszli do wniosku, iż po co im oficerstwo. Mieli za sobą parę miesięcy służby i wiedzieli, że nie jest to lekki kawałek chleba. Zadeklarowali, że nie chcą być oficerami zawodowymi.

Ci, którzy chcieli pozostać w wojsku, zostali przeniesieni do Torunia. Tam powstała jedna szkoła oficerska – OSA (Ośrodek Szkolenia Artyleryjskiego). Natomiast ci, którzy nie chcieli zostać w wojsku, zostali skierowani do różnych pułków; pomimo paromiesięcznego przeszkolenia nie dostali żadnych stopni oficerskich. Jerzy skończył służbę w wojsku bez jednej belki na ramieniu!

Trafił do Skierniewic, do Pierwszego Pułku Artylerii Lekkiej. Był to pułk zasłużony w czasie wojny. Znanym w tym pułku faktem historycznym było wciąganie działa na któreś tam piętro, w czasie walk o Berlin.

Pułk stacjonował w starych koszarach kawaleryjskich. Warunki były nie najlepsze (znów stajnie). Szykowało się jednak nowe miejsce zakwaterowania, w Wesołej pod Warszawą. Do Wesołej zostały wysłane dwa lub trzy plutony, które pełniły służbę wartowniczą, a cały pułk był w dalszym ciągu w Skierniewicach.

W Wesołej zdarzył się niesympatyczny incydent:

Koszary mieściły się tuż koło linii kolejowej, którą przejeżdżał pociąg z rosyjskimi żołnierzami odsyłanymi do Rosji. Niewesołe towarzystwo, prawie wszyscy pijani. Pociąg zatrzymał się w Wesołej. Maruderzy wyszli z wagonów i zaatakowali wartownię polskiej jednostki. Polscy żołnierze nie mieli żadnych szans obrony, było ich niewielu. Rosyjscy żołnierze rozbili polską wartownię, rozbroili i pokaleczyli polskich żołnierzy, po czym wzięli ich do niewoli, do tego pociągu…

Raptem maszynista dał gwizdek i pociąg zaczął odjeżdżać, więc polski dowódca, żołnierz młody, w stopniu podporucznika, zebrał żołnierzy, zaprzodkował cztery działa przeciwpancerne i grożąc, że będzie z nich strzelał, zatrzymał pechowy pociąg.

Zrobiła się międzynarodowa awantura – było to przecież pod samą Warszawą! Przyjechały wysokie władze i polskich żołnierzy (tych wziętych do niewoli) wypuszczono. Szukano też broni, którą im zabrano…

Rosjanie chcieli załagodzić incydent, oddając dwa karabiny za zabrany jeden. Jednak Polacy zażądali własnej broni, podając numery seryjne.

To zdarzenie bardzo zbliżyło naszych żołnierzy z ludnością Wesołej. Poranionych żołnierzy, przebywających w szpitalu, miejscowi rozpieszczali, znosząc im jedzenie i przysmaki. Poza tym jeszcze w trakcie trwania incydentu mieszkańcy Wesołej znosili w torbach, koszykach i w czym się dało – amunicję.

Jesienią 1945 roku cały pułk ulokował się w Wesołej i tu Jerzy doczekał się demobilizacji. Jednak w jego przypadku (i jemu podobnych) nastąpiły perturbacje, gdyż demobilizowano rocznikami, a on miał zaledwie dziewiętnaście lat. Wyszło na to, że będzie czekał jeszcze dwa lata, aż przyjdzie czas na jego rocznik i dopiero wtedy obejmie go demobilizacja. Młodych to podłamało…

Przed końcem służby Jerzego pojawili się kupcy ze Szkoły Lotniczej. Była to szkoła mechaników samolotowych. Owszem, miał wielką ochotę iść do tej szkoły, ale kiedy przemyślał sprawę, doszedł do wniosku, że znów zostałby rekrutem i przez kolejne trzy lata byłby w szkole oficerskiej. Powiedział sobie: nie warto!

* * *

Kiedy Jerzy Kuczyński wojował, jego ojciec wyjechał z Wilna i zatrzymał się w Białymstoku. Zrobił tak, by być blisko rodzinnego miasta i mając nadzieję, że jednak wszyscy wkrótce wrócą do Wilna. Matka została w Wilnie, bo wierzyła, że starszemu synowi jakoś uda się wrócić z zsyłki do domu – i rzeczywiście, po roku wrócił i opowiadał, że na wywózce (zesłaniu) zaprzyjaźnił się ze strażnikami, którym dał dobre buty, a w zamian dostał kapcie, ale też przepustkę do miasta. Dzięki temu wraz z kolegą uciekł. W drodze dwa razy ich łapano, jednak zawsze się wykupili i tak dojechali do Wilna. Był rok 1946.

Matka, pełna wielkiej radości i euforii, natychmiast zaczęła starać się o dokumenty legalizacyjne dla uciekiniera. Nie miał żadnego papieru, bo przecież uciekł jako aresztant i nie mógł wyjechać legalnie do Polski. Pomógł pewien młody lotnik – po prostu przewiózł go przez granicę.

W Białymstoku brat odnalazł ojca. Co dalej? Chciał się uczyć… Wyjechał do Łodzi, do swojej dziewczyny, którą poznał jeszcze w Wilnie. Ożenił się z nią i tam pozostał.

Ojciec Jerzego był intendentem w szpitalu białostockim – w jakiejś służbowej sprawie wysłano go do Szczecina. Gdy zobaczył Wały Chrobrego, stwierdził:

– Jeśli nie mogę mieszkać w Wilnie, to zamieszkam w Szczecinie.

Podjął pracę w Urzędzie Ziemskim, jako mierniczy.

W tym czasie Matka dotarła do Warszawy i tam się zatrzymała.

Cdn.

Maria Czech – Sobczak

Fragmenty z książki Marii Czech Sobczak i Władysława Kuruś Brzezińskiego „Wszystkie Drogi Wiodły do Szczecina” – „Jerzy Kuczyński – Haubicznik, później Wojewoda Szczeciński”.

Uwaga: Rozmowa z Jerzym Kuczyńskim została przeprowadzona w 2000 roku.

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Administracja