15 Czerwiec 2010

Kołbackie ZOO /2/

Autor: admin. Kategorie: Kołbackie ZOO .

KRASZEWSKI KAZIMIERZ


W prostej linii prawnuk autora STAREJ BAŚNI, typowy kresowiak o charakterystycznych rysach polskiego szlagona (herbu JASTRZĘBIEC1). Szczycił się, że był jednym z pierwszych absolwentów Wydziału Rolniczo-Leśnego Uniwersytetu im. Adama MICKIEWICZA w Poznaniu.

Po WYZWOLENIU osiedlił się na Ziemiach Pomorza Zachodniego i był administratorem majątków Klucza Państwowych Nieruchomości Ziemskich (PNZ) powiatu chojeńskiego, w Trzcińsku Zdroju.

Kiedy w marcu 1952 roku zgłosiłem się z nakazem pracy do Okręgowego Zarządu PGR Szczecin Płd. – kierownik kadr, Michał WOŹNICA, zgodnie z wypisaną specjalizacją skierował mnie do Działu Produkcji Zwierzęcej. Tam „zameldowałem” się szefowi tegoż Działu – mgr inż. Kazimierzowi KRASZEWSKIEMU.

Była to osoba o potężnej budowie ciała, z dobrze zarysowanym brzuszkiem, charakterystycznym zaczerwienieniem skroni (bodajże po lewej stronie), wzrostu co najmniej 185 cm. Na Jego biurku zauważyłem plik dokumentów, kilkadziesiąt gęsto zapisanych kartek, paczkę najniższego sortu papierosów (o ile pamiętam „Sportów”), srebrną papierośnicę i cygarniczkę (popularnie zwaną lufką) oraz popielniczkę z dużą ilością papierosowych petów. Był namiętnym palaczem. Jak się później okazało: ołówek, papierosy, srebrna cygarniczka i jej etui były stałym atrybutem mojego przyszłego (i całej branży zootechnicznej) SZEFA.

Po rocznym pobycie na etacie zootechnika w Zespole PGR BATOWO zostałem służbowo przeniesiony do Okręgowego Zarządu PGR, na stanowisko starszego inspektora d/spr. hodowli bydła. Referat ten objąłem po znanym wówczas hodowcy, inż. S. SZAŁŁAJKO, który rozpoczął pracę organizacyjną w Stacji Unasieniania Zwierząt k/Poznania. Awans przyjąłem z pewną trwogą – czy podołam nowym obowiązkom? Jednak moje wątpliwości rozwiał nie tylko sam PRYNCYPAŁ, ale i Jego współpracownicy.

Muszę przyznać, że mgr inż. Kraszewski był moim „branżowym promotorem”. Systematycznie wciągał mnie do prac analityczno-opisowych, gdyż występujące w ówczesnym okresie zjawiska, zwłaszcza w produkcji zwierzęcej, były naprawdę szokująco niekorzystne. Od razu potraktował mnie jako młodszego absolwenta wspólnej poznańskiej Uczelni. W sposób koleżeński „zapędził” mnie do pracy w Dziale. Wyczułem, że wcześniej, z odległości, obserwował moją pracę w BATOWIE (choć w czasie mojej bytności ani razu nie lustrował Zespołu).

Dział Produkcji Zwierzęcej pod kierownictwem mgr inż. KRASZEWSKIEGO stanowił bardzo zgrany zespół specjalistów, mniejszej czy wyższej rangi. Cechowały go przede wszystkim koleżeńskość, harmonia współpracy, nawet i począwszy od SZEFA, pomoc w sprawach prywatnych. A byli to:

– inż. Mieczysław hr SOBAŃSKI – trzoda chlewna,

– tech. rol. Teodozja SADOWSKA – drobiarstwo,

– tech. ekon. Anna RADZIEJOWSKA – planowanie,

– mjr. Rajmund BOBROWICZ – hodowla koni; on, mimo przewagi wieku (starszy ode mnie o ok. 25 lat), w niedługim czasie stał się moim serdecznym PRZYJACIELEM)

oraz, jak mawiał nasz PRYNCYPAŁ, w ramach „odmładzania i dopływu świeżej krwi”, niedawno do pracy w Dziale przyjęci Koledzy z Zespołu PGR PRZEKOLNO:

– lek. wet. Kazimierz TUREK,

– mgr inż. Zygmunt DOWGIAŁŁO.

W biurze SZEF uwielbiał krótkie popołudniowe drzemki, zwłaszcza wtenczas, kiedy opracowywał, bardzo ciekawe pod względem fachowym, miesięczne KOMUNIKATY PRODUKCYJNE, adresowane do jednostek terenowych (czyt. zespołów PGR), władz powiatowych i wojewódzkich. Posiadał niesamowitą zdolność pisania. Prawdopodobnie odziedziczył to po WIELKIM PRADZIADKU !

Dyrektor Okręgowego Zarządu PGR Szczecin Płd., Stanisław SZPRYNGACZ, nie przyjął propozycji Kierownika Działu Produkcji Zwierzęce j, mgr inż. K .KRASZEWSKIEGO, który kierował mnie do jednego z największych w Okręgu – do Zespołu PGR Trzcińsko Zdrój. Tam za czasów PNZ był administratorem. Natomiast dyr. SZPRYNGACZ, który właśnie rok temu awansował z dyrektora Zespołu PGR BATOWO na „naczelnego” do Okręgu – skierował mnie, jak to powiedział, do „swojego BATOWA, który jest szczęśliwym Zespołem”. Może był wizjonerem ?

Gdy wpadał w trans, to bez przerwy pisał 2-3 godziny, by około południa, udając, że zastanawia się nad dalszą problematyką – lewą ręką podpierał głowę, prawą zaś trzymał na zapisanej kartce, pozorując że pisze – drzemał. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w tym czasie chrapał. Ten odgłos budził Go na chwilę i wtedy zaczynał wołać:

– Zygmunt! Władek! Co porabiacie?

Usłyszawszy nasze zapewnienie, że jesteśmy na miejscu i pracujemy – uspokojony drzemał dalej.

Aby ten błogi spokój trwał dłużej, mjr. BOBROWICZ cichaczem wstał od biurka i mrugając zawadiacko okiem, wywołał mnie na „maleńkiego portera”. Kupiliśmy go w Zakładowej Stołówcw PSS, także i dla SZEFA. Otwartą butelkę, jako „przydział dla SZEFA”, postawiliśmy na biurku, w zasięgu Jego prawej ręki. Kiedy znów na chwilę obudził się i okrzykiem sprawdził obecność „szczawików” (taką mieliśmy u Niego ksywkę), kątem oka zobaczył piwko i spokojnie, nie analizując „skąd się wzięło?”, wypił je, po czym, oczywiście, kimał dalej. Wówczas z mjr. B. spokojnie mogliśmy wypić po jeszcze jednym porterku.

Pamiętam, że „proceder” z porterem udał się nam tylko raz. Od SZEFA otrzymaliśmy koleżeńską reprymendę – choć sam SZEF cenił dobry żart i oczywiście dobre piwko.

Na początku lat 50-tych w każdej instytucji państwowej, w każdy poniedziałek rano odbywały się tzw. prasówki. Pamiętam szczególnie jedną. Odbyła się o trzy godziny później -9 marca 1953 roku. W tym dniu była bowiem transmisja radiowa z Moskwy, związana z uroczystym pogrzebem J.W. STALINA. Wszyscy mieliśmy żegnać Wielkiego (?) Wodza…

SZEF, jak zwykle, wg hierarchii usiadł w pierwszym rzędzie, razem z innymi kierownikami. My, pracownicy Działu, bez zbytniego entuzjazmu usiedliśmy tuż za Nim. Transmisja przeciągała się, była nudna jak „flaki z olejem”. Zasypiał nie tylko KRASZEWSKI, ale i również inni „żałobnicy”, z tą tylko różnicą, że On kapitalnie udawał skupionego. Mianowicie założył nogę na nogę i co pewien czas zmieniając lewą na prawą i odwrotnie, niestrudzenie zawieszoną stopą wykonywał charakterystyczne kółko. Dla obserwatorów (atakich, nie tylko na tej sali, zawsze było kilku), miał to być znak, jak to On przeżywa uroczystości pogrzebowe.

Tymczasem drzemał. Wyjątkowo był skupiony, bo nie chrapał, a tylko cichaczem „puszczał bąki”…

Akurat było to po wileńskich KAZIUKACH, które zawsze, nie tylko w rodzinie, hucznie obchodził. KAZIUKI zaliczał do ważnych kresowych tradycji. I to właśnie one spowodowały, że w aureoli „osobistych” zapachów „uczcił” pamięć Generalissimusa. Niestrudzony przekimał całą transmisję, ale „bukiet” zapachów, będących następstwem obfitego jadła na biesiadzie kaziukowej, nie ominął nas, siedzących w następnym rzędzie, tuż za SZEFEM.

Również i my, „szczawiki” (termin ten pochodził od młodego, zielonego szczawiu, uprawianego w dużych ilościach na rodzinnej działce), braliśmy udział w kaziukowych biesiadach. Do dziś pamiętam, jak Pani ALINA, Gospodyni Domu, przystojna i ładna żona SZEFA, serwowała nam „poznański gzik”. Był to twaróg ze śmietaną, z dużą ilością cebuli, szczypioru, wymieszany z papryką i czosnkiem. Razem z SZEFEM tę „wybuchową mieszankę”, obficie podlewaną pegeerowską gorzałką (zięć szefa, Jurek OLSZAMOWSKI, był kierownikiem PGR Dołgie, w którym była gorzelnia) – zjadaliśmy ogromne ilości. Przy ogólnych, w ówczesnym czasie, niedoborach różnorakich wędlin, była to naprawdę wspaniała zagrycha.

W marcu 1954 roku następuje likwidacja dwóch Okręgowych Zarządów PGR – Szczecin Południe i Szczecin Północ, w miejsce których powołuje się cztery Zjednoczenia PGR: Szczecin, Pyrzyce, Nowogard, Łobez. Układ ten tworzy dodatkowy szczebel administracji między Zjednoczeniami a Resortem (ministerstwem). W tym przypadku powstaje dziwoląg biurokratyczny – Centralny Zarząd PGR Szczecin z siedzibą w Warszawie (sic!).


Moja pierwsza rejonowa wystawa hodowlana w Myśliborzu - wrzesień'53.  Przygotowanie stanowisk dla pegeerowskich zwierząt hodowlanych,  wraz z mjr. R. Bobrowiczem, powierzył mi SZEF - mgr K. Kraszewski.  Na zdjęciu, może trochę tchórzliwie, próbuję pogłaskać  czołowego byka zarodowego z PGR GOLENICE,  gdzie z ramienia Okręgowego Zarządu PGR Szczecin Płd.  pełniłem funkcję st. insp. d/s. chowu i hodowli bydła.

Moja pierwsza rejonowa wystawa hodowlana w Myśliborzu - wrzesień'53. Przygotowanie stanowisk dla pegeerowskich zwierząt hodowlanych, wraz z mjr. R. Bobrowiczem, powierzył mi SZEF - mgr K. Kraszewski. Na zdjęciu, może trochę tchórzliwie, próbuję pogłaskać czołowego byka zarodowego z PGR GOLENICE, gdzie z ramienia Okręgowego Zarządu PGR Szczecin Płd. pełniłem funkcję st. insp. d/s. chowu i hodowli bydła.

Po dokonaniu roszad kadrowych zostaję wicedyrektorem d/spr. produkcji Zjednoczenia PGR Szczecin i staję się szefem SZEFA (dotychczasowego)! Po uprzednim uzgodnieniu (a było to jeszcze możliwe), mgr inż. K. KRASZEWSKI, z całą dotychczasową obsadą, oprócz inż. Mieczysława hr. SOBAŃSKIEGO i mgr inż. Zygmunta DOWGIAŁŁO, zostaje w tej jednostce kierownikiem Działu Produkcji Zwierzęcej. Z tego tytułu nasze stosunki zawodowe, a również i prywatne, nie uległy ochłodzeniu. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej się zacieśniły i przeszły w fazę przyjaźni.

Jednak w miarę upływu lat zacząłem, jako BEZPARTYJNY, dalej awansować. Zakładam, że na ten stan rzeczy nie tylko wpłynęła dobra szkoła PRYNCYPAŁA, ale i Jego rekomendacje. Bowiem już dwa lata później, w 1956 roku, pegeery przeżywały następną reorganizację. Z kolei teraz uległy likwidacji wszystkie zjednoczenia, a w miejsce Centralnego Zarządu utworzono Wojewódzki Zarząd PGR Szczecin. Znowu nastąpiła roszada kadrowa. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu powracam do pierwotnej specjalizacji i obejmuję funkcję naczelnika Wydziału Produkcji Zwierzęcej, natomiast mgr inż. K. KRASZEWSKI przechodzi na emeryturę, w czasie której pracował, w niepełnym wymiarze godzin, w Wojewódzkiej Stacji Oceny Zwierząt (WSOZ) w Szczecinie. Tam już tylko okresowo spotykałem się z Nim. Jak zawsze siedział przy biurku, z tymi samymi atrybutami co przed laty. Teraz z tytułu, że miał trochę więcej czasu, namiętnie przebywał w ogródku działkowym, którego był niesamowitym pasjonatem.

Zmarł na przełomie sierpnia i września 1976 roku, o czym, po powrocie ze służbowego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych (byłem już wówczas dyrektorem Zootechnicznego Zakładu Doświadczalnego KOŁBACZ), dowiedziałem się od mojej Małżonki, WANDY, która w imieniu całej Rodziny uczestniczyła w uroczystościach pogrzebowych.

Zapewne przy niektórych biogramach jeszcze nie raz i z dużą dozą sympatii oraz uznania, powrócę do OSOBY mgr inż. Kazimierza KRASZEWSKIEGO.

Władysław Mazurkiewicz

Szczecin, 27-29 luty 2000

/cdn/

Całość „Kołbackiego ZOO” – TUTAJ.

1Jastrzębiec: w polu błękitnym podkowa złota ocelami do góry, w niej krzyż kawalerski złoty. W klejnocie nad hełmem w koronie jastrząb ze złotymi dzwonkami u łap, trzymający w prawym szponie taką samą podkowę z krzyżem, jak na tarczy. Z powstaniem tego herbu związana jest pewna legenda:

Podczas panowania Bolesława Chrobrego Łysa Górą, czyli obecnym Świętym Krzyżem, zawładnęli poganie. Korzystając z tego, że oblodzona góra była nie do zdobycia, bezkarnie urągali królewskim rycerzom, żądając, aby przynajmniej jeden z nich przyszedł bić się za Chrystusa. Usłyszał to rycerz Jastrzębczyk. Przyczepił do kopyt swojego konia wynalezione przez siebie podkowy, wdarł się na górę, pojmał jednego z pogan i przyprowadził go władcy. Innym rycerzom także rozdał podkowy i wtedy zdobycie pogańskiej fortecy nie było już trudne. Za swój czyn otrzymał herb z podkową i krzyżem (na tarczy), a dawny znak – jastrzębia – umieścił na hełmie.

Herb ten był najczęściej używany przez rodziny mieszkające na ziemi krakowskiej, sieradzkiej, na Mazowszu, a po unii w Horodle – na Litwie. Jastrzębcem pieczętowało się blisko 500 rodzin.

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Administracja