15 Czerwiec 2010

Kołbackie ZOO /3/

Autor: admin. Kategorie: Kołbackie ZOO .

WALCZAK JÓZEF


Rodem z Wielkopolski. Wysoki, barczysty, o masywnej budowie (mimo odchudzania „nie schodził” poniżej 120 kg masy ciała), wymagający nie tylko w stosunku do siebie, ale i wobec współpracowników; przykładnie punktualny. Szybki w podejmowaniu decyzji – ale kiedy była ona pochopna, umiał się z niej wycofać. Zawsze starannie ubrany i tego wymagał od najbliższego otoczenia. Jednym słowem „rasowy” poznaniak.

Do 1954 roku był naczelnym dyrektorem Okręgowego Zarządu PGR Szczecin Płn. Po likwidacji Okręgów (północnego i południowego), decyzją władz wojewódzkich otrzymuje skierowanie do mało liczącego się pod względem gospodarczo-produkcyjnym – podmiejskiego Zespołu PGR WARSZEWO. W ówczesnym czasie „podpadł”, pod względem politycznym, Komisji Rewizyjnej KW PZPR: okresowo odebrano mu legitymację partyjną, ale po wyjaśnieniu „spraw okupacyjnych” (był rządcą u treuhandera1) nie poczynił „odpowiednich i oczekiwanych” kroków w kierunku jej odzyskania. Krótko można by zrekapitulować, że „On się obraził na Partię, a Partia na Niego”… i tak też Jego „butę” w annałach partyjnych odpowiednio zakonotowano. W ten sposób, jako bezpartyjny, „na razie” przeszedł na tzw. boczny tor, mimo że Jego jednostka administracyjna w porównaniu z Okręgiem Południowym uzyskiwała o wiele korzystniejsze wskaźniki produkcyjno – finansowe.

I tak w tej „przechowalni” przetrwał do drugiej połowy 1957 roku, kiedy to objął stanowisko Naczelnego Dyrektora WZ PGR Szczecin (po inż. Władysławie Zarzyckim). Wtedy to, choć bezpartyjny – „wrócił do łask”. Moim zdaniem było to w owych czasach jedno z najbardziej trafnych pociągnięć kadrowych.

W czasie dyrektorowania ukończył (zaocznie) rozpoczęte studia „notowskie” w Poznaniu, uzyskując dyplom w zawodzie inżyniera-rolnika.

Dyrektora Walczaka osobiście poznałem w 1954 roku, kiedy byłem zastępcą dyr. Władysława Dąbrowskiego (były pracownik UB, bardzo słaby administrator PGR) – po odwołaniu dyr. Walczaka pełniłem obowiązki dyrektora Zjednoczenia PGR Szczecin, pod które podlegał Zespół Warszewo.

W trakcie objęcia przez inż. J. WALCZAKA stanowiska naczelnego dyrektora WZ PGR byłem już w tej jednostce administracyjnej, od przeszło roku, naczelnikiem Wydziału Produkcji Zwierzęcej.

Był On jednym z moich nielicznych PRYNCYPAŁÓW, którzy darzyli mnie ogromnym zaufaniem. Wszelkie uwagi i zalecenia dot. zagadnień produkcji zwierzęcej (w czasie okresowych narad z dyrektorami zespołów), uprzednio pod względem merytorycznym przygotowane, w sposób „klasyczny” przekazywał uczestnikom obrad. Było między nami porozumienie, że w opracowanym konspekcie jaskrawe niedociągnięcia hodowlane i produkcyjne zostaną odpowiednio wyartykułowane. Oczywiście konspekt ten był uprzednio z dyrektorem Walczakiem szczegółowo omawiany, a w trakcie omawiania dopisywał swoje uwagi. Tak więc w zagadnieniach dot. produkcji zwierzęcej był On par excellens przygotowany. Miałem więc podwójną satysfakcję: pierwszą z dobrze przygotowanego materiału, drugą zaś z odpowiedniego wygłoszenia.

Styl tak przygotowanych i prowadzonych przez NACZELNEGO narad w pełni odpowiadał dyrektorom zespołów – był bardzo komunikatywny. W okresie pracy w wydziale STARY (dyr. Walczak) pozwalał mi prowadzić wszelkiego rodzaju eksperymenty. Między innymi byłem inicjatorem wprowadzenia pełnoporcjowych suchych mieszanek w tuczu świń, a poprzez modernizację istniejących obiektów inwentarskich – zamkniętego cyklu produkcyjnego trzody chlewnej. Natomiast w zakresie żywienia przeżuwaczy, przy pełnym poparciu NACZELNEGO opracowałem technologię przygotowania pasz gospodarskich – objętościowych. Szerokie stosowanie tej metody, znanej w żywieniu opasów jako „parzonki i przekładańce”, miało na celu racjonalne wykorzystanie białka roślinnego z pasz słomiastych.

Z inicjatywy dyr. WALCZAKA, w latach 1958-1960 brałem czynny udział w opracowaniu programu i organizacji produkcji zwierzęcej dla Kombinatu PGR KŁODZINO, pierwszego na terenie Pomorza Zachodniego. Jednocześnie z polecenia NACZELNEGO, na przykładzie KŁODZINA, opracowano rejony kooperacyjne dla pegeerów województwa szczecińskiego, których byłem współautorem.

Doskonale przypominam sobie cotygodniowe odprawy u NACZELNEGO. Brało w nich udział dwóch zastępców dyrektora oraz naczelnicy wydziałów. Było nas bodajże jedenastu, reprezentujących wydziały: kadr, finansowo-księgowy, planowania, produkcji roślinnej i zwierzęcej, mechanizacji, przemysłu rolnego, budownictwa i inwestycji, zaopatrzenia, finansowo-kontrolny i gospodarczy. Sami „starzy wyjadacze, którzy z niejednego pieca chleb jedli”. Spróbuję wymienić Ich personalnie:

– z-ca dyr. d/spr. produkcji i planowania – mgr inż. Stanisław. PERNACZYŃSKI,

– z-ca dyr.d/spr.budownictwa, inwest. i finans. – mgr inż. Piotr OSTROWSKI,

oraz naczelnicy Wydziałów:

– kadr – por. rez. Zygmunt KRUKOWSKI,

– księgowości – tech. finans. Jerzy GRACZ,

– planowania – tech. ekon. Czesław GRABOWSKI,

– produkcji roślinnej – inż. Jan SZENEJKO,

– mechanizacji:

najpierw tech. mech. Maciej GROCHAL,

a potem inż. Józef GADZAŁA,

– przemysłu rolnego – inż. Stefan KUŹNIAR,

– budownictwa i inwestycji – inż. Stanisław BECKER,

– zaopatrzenia – tech. Kazimierz DERCZ,

– kontroli finansowo – produkcyjnej – mgr Leszek ROZGA,

– kierownik działu gospodarczego – Marian MICHAŁOWSKI.

***

Był letni upalny dzień, termometr wykazywał chyba ok. 30-32°C. STARY (bo taką w naszym gronie dyr. Walczak miał ksywkę) zwołuje odprawę. Mój serdeczny przyjaciel, M. GROCHAL, przychodzi na odprawę w krótkich, letnich spodenkach i sportowej koszuli. STAREGO „wezbrało” i do Maćka miał tylko jedno pytanie „panie naczelniku, czy pan przyszedł na odprawę kolektywu, czy udaje się pan na plażę?” i nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do sekretarki z prośbą, by przywołała kierowcę, który „pana naczelnika zawiezie do domu i za 20 minut przywiezie odpowiednio ubranego”.

Nas przeprosił i wyznaczył nową godzinę odprawy.

***

Co roku PRYNCYPAŁ uroczyście obchodził swoje imieniny. A że przypadały one na okres wielkiego postu, mawiał, że „w dzień św. JÓZEFA otrzymuje się daleko idącą dyspensę”. Nie ukrywam, że sam lubił dobrze z jeść, wypić, a przy tym przebywać w doborowym towarzystwie.

Do domu zapraszał ok. 12-14 osób. I rzeczywiście czekało na nas, przygotowane przez Panią Domu, HELENĘ, obfite jedzenie i wszelkiego rodzaju trunki. Czułem się zawsze wyróżniony, gdy GOSPODARZ DOMU mianował mnie podczaszym. Imieninowa uczta prawie zawsze trwała do godziny pierwszej i nieco dłużej w nocy, a na pożegnanie STARY przypominał i z uśmiechem zapraszał, by rano o godzinie ósmej odwiedzić Go w gabinecie. Delikatna kontrola obecności w pracy… Wychodził z założenia, że balować można, ale dyscyplina obowiązuje. To była jedna z Jego cech – potrafił znakomicie utrzymać dystans między pracodawcą a pracownikiem.

Trudności z rannym wstawaniem miał naczelnik produkcji roślinnej, inż. Jan SZENEJKO. Mało kiedy miał sposobność w pojózefowy dzień usłyszeć trzeźwy głos STAREGO, z zapytaniem:

– Jak się pan czuje, panie naczelniku?

Gwoli sprawiedliwości to i ja, dwa albo i trzy razy, podpadłem STAREMU, tylko zgoła z innej przyczyny. Otóż Babcia, opiekunka naszych córek (wówczas u nas jeszcze nie mieszkała, a dochodziła do naszego bloku mieszkalnego, znajdującego się przy ulicy Sikorskiego 11) lubiła się dość często spóźniać. Wtenczas ile sił w nogach pędziłem w kierunku ulicy Ku Słońcu i siedziby Dyrekcji WZ PGR, odległej o ok. 500-600 m od „miejsca startu”. Zdarzyło się, że kilka minut spóźniłem się na odprawę naczelników, a wówczas przepraszałem dyrektora, i ku zdziwieniu obecnych, uzasadniłem spóźnienie, tłumacząc się „wywózką obornika”. Na co STARY zapytał:

– Nie wiedziałem, że pan naczelnik posiada działkę?

Szybko sprostowałem, że był to „obornik typu dziecięcego”… i że to opiekunka małej córki (wówczas mieliśmy tylko Kingę – Dorota „była w drodze”) spóźniła się i na moje barki spadł podstawowy obowiązek zmiany pieluch (pampersów wtedy jeszcze nie było). Widocznie STAREMU moje usprawiedliwienie przypadło do gustu, gdyż już dalej na ten temat nie dyskutował.

Nie ukrywam, że praca w Wojewódzkim Zjednoczeniu pozwoliła mi rozszerzyć horyzont zawodowy. Ponadto szerokie kontakty ze wszystkimi specjalistami branży zootechnicznej i lekarsko-weterynaryjnej, aż po pracowników naukowych, niewątpliwie były dobrą wizytówką mojego Wydziału i Kierownictwa Zjednoczenia, z jego DYREKTOREM na czele.

***

Od dawna notuje się zwyczaj „tasowania” kadry kierowniczej (w tym momencie niczego nowego nie odkrywam) – zgodnie z zasadą „skoro jest dobrze, dlaczego nie może być lepiej?” Jeśli w ten sposób można uzyskać jeszcze bardziej korzystne wskaźniki produkcyjne… o ekonomicznych nie wspominam…

Szukano różnych sposobów, gdyż wonczas, jak i obecnie, układ cen zbytu do poniesionych kosztów, zwłaszcza w produkcji zwierzęcej, kształtował i kształtuje się niekorzystnie.

Zaplanowano dopływ „świeżej krwi” spoza województwa szczecińskiego. Moim zdaniem, rozpatrując tę sprawę nie tylko z perspektywy minionego czasu, „dawka wrocławskiej krwi”, poza udanym zabiegiem obsady wiceprzewodniczącego PWRN d/spr. rolnictwa, mgr inż. Pawła WARCHOŁA, była „taka sobie” – pozostałe „zastrzyki”, w osobach mgr inż. Zbigniewa UZARA i mgr inż. Ryszarda SŁOJEWSKIEGO, należy chyba uznać za „niekonieczne”.

Pod koniec drugiej połowy roku 1965 w błyskawicznym tempie ze stanowiska naczelnego dyrektora Wojewódzkiego Zjednoczenia PGR Szczecin odwołano inż. Józefa WALCZAKA i skierowano Go na „stare śmieci”, do Zespołu PGR WARSZEWO. Pod względem moralno – psychologicznym, nie było to właściwe pociągnięcie kadrowe – zapewne negatywnie poruszyło Jego ambicje zawodowe. I tak po ośmiu latach dyrektorowania (jak głosiła ówczesna „poczta pantoflowa”, a było w niej sporo prawdy), znaleziono przyczynę do degradacji. Była nią nieustępliwość SZEFA w stosunku do niektórych, narzucanych Mu przez władze administracyjne województwa, a przede wszystkim partyjne, dyrektyw. No, i to wystarczyło! Było takie popularne powiedzenie, że „wyżej bindasa nie podskoczysz”, a tych bindasów, którzy przekazują „jakiekolwiek” dyrektywy, za które nie ponosi się odpowiedzialności, zawsze było i jest bez liku…

Około dwóch dni przed objęciem w WZ-cie stanowiska przez NOWEGO byłem głównym organizatorem urządzenia STAREMU pożegnania. Przecież pod Jego egidą przeżyliśmy wzloty i upadki „firmy”. Chętnych nie było zbyt wielu. W tej sytuacji odważnych, którzy zdeklarowali się dokonać zrzutki pieniężnej, nazwałem „walczakoidami”… Jak to bywa przy obsadzie pryncypialnych stanowisk, pytających „jak do takich imprez ustosunkuje się NOWY – zawsze jest zdecydowanie większy procent. Stąd od momentu objęcia stanowiska naczelnego dyrektora WZ przez doktoranta, mgr inż. Ryszarda SŁOJEWSKIEGO – usłużnych „dupowłazów” donoszących „Nowemu” o odbytej pożegnalnej imprezie (ze wskazaniem na organizatora) – naprawdę nie brakowało! Ale i o tym dowiecie się później, w Suplemencie, pod literą „S”.


Władysław Mazurkiewicz

Szczecin, 7-11 marca 2000

/cdn/

Całość „Kołbackiego ZOO” – TUTAJ.

1 treuhander /niem./ – powiernik, pełnomocnik zarządzający z ramienia rządu III Rzeszy w przedsiębiorstwach względnie majątkach ziemskich, w okresie okupacji, w latach 1939/45.

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Administracja