16 Marzec 2010

List do wnuka

Autor: MAlina. Kategorie: WSPOMNIENIA .

Mały latawiec marzy o tym
żaby polecieć daleko w świat.
Nie wróci tu z powrotem –
dogoni słońce i wiatr…

Zaadresowałam dużą, żółtą kopertę:
Jan Barański, 414 Pershing Ave, Ocean Springs, MS, 39564. USA.

Jak klamrą spięłam, poprzez dwa stulecia, Samarkandę i Nowy Orlean.

Mój kochany wnuczku!

To pierwsze zdjęcie – a masz je ponumerowane, to Twój praprapradziadek Józef Kozłowski i Twoja prapraprababcia Józefa Kozłowska. W lutym 1992 roku nie żyje już nikt, poza mną, kto by pamiętał, że tak się nazywali Twoi praprapradziadkowie po kądzieli. On był budowniczym. Budował kolej w dalekiej Samarkandzie, a ona mieszkała w Berezie Kartuskiej i wychowywała dwóch synów i trzy córki. Podobno Józef Kozłowski miał bardzo porywczy charakter i był surowy dla swoich dzieci, a ona była łagodna i wesoła.
Na tej starej fotografii wyglądają tak, jakby było odwrotnie.

Fot.1. Józef i Józefa Kozłowscy (Zakład Fotograficzny R. Gasko, Równe).

Fot. 1. Józef i Józefa Kozłowscy (Zakład Fotograficzny R. Gasko, Równe).

Fot.2. Wacław Kozłowski (Z-d Fot. Stampier, Brześć Litewski - ?).

Fot. 2. Wacław Kozłowski (Z-d Fot. Stampier, Brześć Litewski - ?).

Fot.3. Florian Kozłowski (Z-d Fot. w Moskwie).

Fot. 3. Florian Kozłowski (Z-d Fot. w Moskwie).

Fot.4. Anna (później Zdanowicz), Julia i Marianna (później Bilewicz) Kozłowskie (Z-d Fot. R.Gasko, Równe).

Fot. 4. Anna (później Zdanowicz), Julia i Marianna (później Bilewicz) Kozłowskie (Z-d Fot. R.Gasko, Równe).

Fot.4a. Trzy siostry Kozłowskie.

Fot. 5. Trzy siostry Kozłowskie.

Druga i trzecia fotografia – to fotografie przedstawiające ich dwóch synów: starszego Wacława i młodszego Floriana (w mundurku szkoły realnej w Moskwie). Czwarta fotografia to ich trzy córki: od lewej Anna, Julia i najstarsza Marianna – Twoja praprababcia. To o niej chcę Ci opowiedzieć.

Fot. 5. Maria z Kozłowskich i Józef Bilewiczowie z dziećmi: Jadwigą, Edwardem, Józefem i Henriettą (Z-d Fot. R.Gasko, Równe). Następna fotografia przedstawia ją już z mężem, Józefem Bilewiczem, i czwórką dzieci. Najmłodsza córeczka Henrietta, ta, która siedzi na stoliku, to Twoja prababcia, a moja mama.

Fot. 6. Maria z Kozłowskich i Józef Bilewiczowie z dziećmi: Jadwigą, Edwardem, Józefem i Henriettą (Z-d Fot. R.Gasko, Równe). Następna fotografia przedstawia ją już z mężem, Józefem Bilewiczem, i czwórką dzieci. Najmłodsza córeczka Henrietta, ta, która siedzi na stoliku, to Twoja prababcia, a moja mama.

Fot. 6. Henrietta Bilewiczówna - z Bilewiczów Towiańska.

Fot. 7. Henrietta Bilewiczówna - z Bilewiczów Towiańska.

Henrietta Bilewicz wyszła za mąż za Józefa Towiańskiego. Mieli tylko jedną córkę: Marię Alinę Towiańską i to właśnie ja. Wyszłam za mąż za Zdzisława Michalskiego i też mieliśmy tylko jedną córkę: Lidię Michalską, która wyszła za mąż za Piotra Barańskiego. Teraz jesteś Ty – Jan Barański, a Twoje życie to jest dalszy ciąg.

* * *

Babcie powinny opowiadać swoim wnukom bajki. Zamiast bajek chcę Ci opowiadać prawdziwe historie, o których nikt już nie pamięta, a ja myślę, że to bardzo ważne, żebyś wiedział, jacy byli Twoi praprapradziadkowie.

Jesteś tak daleko. Świat jest tak wielki i taki mały. Twój praprapradziadek Józef Kozłowski pisał do swojej córki Mani, do Berezy Kartuskiej, z dalekiej Samarkandy.

Teraz ja, Twoja babcia, wnuczka tamtej Mani, piszę do ciebie ze Szczecina i wysyłam ten list z fotografiami nad Zatokę Meksykańską. Jestem pośrodku czasu i pośrodku odległości.

Dlaczego ze wszystkich rodzinnych historii wybieram historię Marianny z Kozłowskich Bilewiczowej? Co najmniej z dwóch powodów. Ona była moja babcią, a ja jestem Twoją babcia. A też dlatego, że była w moim życiu bardzo ważną osobą. Chociaż nigdy jej nie widziałeś, jest także bardzo ważną osobą w Twoim życiu, bo Twoja mama ma podobny do niej charakter.

Fot. 7. Maria (do zamążpójścia: Marianna, Mania) z Kozłowskich Bilewiczowa.

Fot. 8. Maria (do zamążpójścia: Marianna, Mania) z Kozłowskich Bilewiczowa.

* * *

Wszystkie trzy panny Kozłowskie były przystojne. Wysokie, smukłe i jasne. Najmłodsza Julia uchodziła za piękność. Najstarsza Mania była najbardziej uzdolniona. Urodziła się 18 grudnia 1876 roku. W tych czasach nawet w zamożnych rodzinach kształcono synów, nie córki. Tak też było w rodzinie Kozłowskich.

Do końca życia Mania mówiła z żalem:

– Nauczono mnie czytać i pisać, i rachować, i jeszcze smażyć konfitury.

Wykształcenie domowe. Nigdy tego nie darowała rodzicom. To ona zadbała o wykształcenie swych młodszych sióstr. Anna i Julia ukończyły gimnazjum. Najmłodsza Julia ukończyła medycynę w Kijowie. Zmarła mając 26 lat. Już jako lekarz zaraziła się złośliwą odmiana gruźlicy. Ale to dalsze dzieje.

Fot.8. Julia Kozłowska z koleżanką - pierwsze kobiety studiujace medycynę w Kijowie.

Fot. 9. Julia Kozłowska z koleżanką - pierwsze kobiety studiujace medycynę w Kijowie.

Na razie najstarsza z nich, Mania, ma 20 lat i nie spieszy się z zamążpójściem. Ściśnięta gorsetem, z talią osy, wodzi rej na potańcówkach, zdzierając w tańcu, w ciągu jednej nocy, prunelkowe pantofelki. W pobliskim majątku „Szlachecka Puszcza” mieszkają dalecy krewni – Kraszewscy. Ich syn Mikołaj jest adoratorem wesołej i pełnej fantazji Mani. Młodszy od niej o parę lat, ulega wszystkim jej kaprysom i pomysłom. Pewnego dnia Mania każe mu zaprząc się, zamiast konia, do dwukółki. Sama siada na koźle i podjeżdża z fasonem pod ganek, wymachując batem nad głową Mici. Na werandzie siedzą panie przy herbatce. Zgorszenie. Nie mogło to się podobać pani Zofii Kraszewskiej i jej córce Loni, starszej przyjaciółce Mani. Micia to nie jest odpowiedni kandydat na męża dla Mani, decydują zgodnie obie panie, Kraszewska i Kozłowska. Trzeba to przeciąć, póki czas.

Fot. 10. Właściciele majątku "Szlachecka Puszcza", państwo Kraszewscy, z dziećmi (Z-d Fotograficzny w Kobryniu).

Fot. 10. Właściciele majątku "Szlachecka Puszcza", państwo Kraszewscy, z dziećmi (Z-d Fotograficzny w Kobryniu).

Ojciec pisze z dalekiej Samarkandy do matki:

– Nie wypychaj Mani za mąż, skoro ona tego nie chce.

Ale cóż, 20 lat to już prawie staropanieństwo. Trafia się porządny i zamożny kawaler z dobrej rodziny. Mania ulega namowom matki. Po latach opowiada, że dni poprzedzające ślub przepłakała. Wreszcie matka ustąpiła. Jeżeli tak go nie chcesz…

Ale goście byli już zaproszeni, wszystko przygotowane do wesela. Mania nie wycofała danego słowa. Została Marią Bilewiczową. Odkąd wyszła za mąż, podpisywała się Maria, a nie Marianna. Bo też odtąd była już kimś innym. Jako stara kobieta mówiła:

– Nigdy nie kochałam mego męża. Szanowałam go, bo był dobrym i uczciwym człowiekiem, i on też mnie szanował.

* * *

Urodziła siedmioro dzieci. Była młodsza od swego męża o 20 lat. W tamtych czasach nie było to czymś wyjątkowym. Owdowiała nie mając jeszcze 40 lat. Dziadek umarł w czasie I wojny światowej. Dziadkowie mieli duży dom na Polesiu.

Kiedy umierał mój dziadek, front przesuwał się na wschód i cała okolica opustoszała. Babcia wysłała dzieci ze swoją matką do Jelca, a sama została w pustym domu z umierającym mężem, i była z nim do końca.

Wspominała potem, jak prosił ją, żeby go zostawiła i jechała do dzieci, póki jeszcze można.

– Ja i tak umieram, a dzieci ciebie potrzebują.

– Jeszcze żyjesz. Przysięgłam, że nie opuszczę do śmierci.

Pochowała go i dopiero wtedy pojechała do dzieci.

W Rosji zatrzymała ją rewolucja. Została sama z dziećmi, bo matka zdążyła wyjechać wcześniej.

W czasie, kiedy uchodźcy przymierali głodem i zabiegali o zapomogi, za ostatnie pieniądze wynajęła dorożkę. W futrze i kapeluszu z piórami pojechała do urzędu, który chyba był odpowiednikiem Wydziału Oświaty. Zdumionemu jej wyglądem i pewnością siebie naczelnikowi oświadczyła, że jest uciekinierką, cudzoziemką, znalazła się w Jelcu z dziećmi, uciekając przed frontem i potrzebuje pomocy.

– Jeżeli prawdą jest to, co wypisujecie w odezwach i mówicie na wiecach, i waszym celem jest sprawiedliwość, to powinniście mi pomóc, dać pracę, żebym mogła wyżywić swoje dzieci.

Zapytano ją, czy potrafi prowadzić „bohodzielnię”.

– Oczywiście – powiedziała, chociaż nie wiedziała, co to jest. „To” okazało się domem starców.

Pod jej rządami dom starców stał się również przechowalnią dla wielu osób z rosyjskiej inteligencji. Była znana jako „dumna Polka”, do której można zawrócić się o pomoc. Rządziła widać dobrze, bo po pewnym czasie zaproponowano jej kierownictwo domu dla sierot.

Bezdomnych dzieci było wtedy dużo> Niektóre z nich żyły z kradzieży, zagubione w zawierusze rewolucji. Miała własne dzieci i obawiała się wpływu środowiska, w którym się znajdą. Jednak w końcu przyjęła tę posadę. Trzeba było organizować wszystko od podstaw. Dzieci ciągle przybywało.

* * *

Po latach opowiadała z humorem, jak to trzeba było się starać, żeby nie tylko nakarmić, ale i ubrać tę „hałastrę”. Zdobyła gdzieś buty. Buty zostały zmagazynowane w piwniczce z zakratowanym oknem. Na drugi dzień nie było ani jednej pary. Zarządziła apel i wygłosiła (jeżeli dobrze pamiętam) mniej więcej takie przemówienie:

– Czy chcecie, żeby mnie aresztowano? Wtedy przyjdzie tu kto inny i na pewno będzie gorszy niż ja. Może będzie to jakiś wojskowy, bo drugi raz nie dadzą kobiety. A przecież to buty dla was. Czy macie zamiar zimą chodzić boso? Oddajcie.

I oddali. Wprawdzie nie wszystkie, bo część już została sprzedana. Babcię jednak nurtowała ciekawość, jak to zostało zrobione. Przecież okienko zakratowane. Tak, ale nie było w nim szyb. Chłopcy wyciągnęli buty wędką.

Przyszedł czas na organizowanie nauki. W domu starców wyszukała i zaangażowała nauczycieli. Często byli to „biali”, dla których praca w domu dziecka była ratunkiem. Ktoś doniósł, że przechowuje w domu dziecka wrogów rewolucji. Została wezwana na przesłuchanie do NKWD. Przesłuchujący ją komisarz powiedział:

– Rewolucja dała wam i waszym dzieciom chleb i pracę, a wy jak się odwdzięczacie? Przechowujecie wrogów rewolucji, białą burżuazję.

Podejrzewam, że była przygotowana na taką ewentualność i wcześniej obmyśliła sobie, co ma mówić i jak się zachować. Jednak ona sama opowiadając o tym zapewniała, że odpowiedź przyszła jej do głowy „w natchnieniu”. Zapytała:

– Czy wy, komisarzu, i wasi przyjaciele, znacie obce języki, umiecie grać na fortepianie, czy potraficie uczyć matematyki? A mówicie, że chcecie dogonić i przegonić świat. Bez nauki nie zdołacie tego zrobić. Wasze dzieci muszą być wykształcone. Oczywiście, że trzeba wybić burżujów, ale niech oni najpierw na coś się przydadzą. Niech służą rewolucji. Niech przekażą swoją wiedzę waszym dzieciom. Jak wykonają swoje zadanie, wtedy będzie mogli ich dobić.

Potrafiła dawać sobie radę, sama z dziećmi, w rewolucyjnej Rosji. Wróciła do Polski, wywołując zaskoczenie i niechętne zdziwienie. Zamiast wynędzniałych uchodźców wróciła prawie nie zmieniona Pani Bilewiczowa z gromadką zadbanych, jak na warunki bolszewickie, dzieci.

Dzieci trzeba było kształcić. Dom był zaniedbany, podatki wysokie. W tym czasie dużo pomogła jej młodsza siostra Anna. Ale to osobny rozdział. Nie chcę pisać o mojej ciotecznej babce jakby na marginesie. Ona zasługuje na osobną powieść.

* * *

Niewątpliwie zasługą babci było to, że jej dzieci, mimo pobytu w Rosji, mówiły poprawnie po polsku. W swoim czasie sama zbuntowałam się przeciwko jej surowym wymaganiom w odniesieniu do czystości języka. Służące w domu babci były Białorusinkami lub Ukrainkami. Mówiły własnym językiem, który wpadał w ucho. Wieczorami na ganku śpiewały ukraińskie dumki albo pieśni weselne. Pięknie śpiewały. Im było wolno, ale nie moim ciotkom czy wujom. A już na pewno nie mnie. Słówko wtrącone w języku białoruskim od razu wywoływało surowe kary. W specjalnym zeszyciku pisałam 50 razy po polsku to słowo, które nieopatrznie powiedziałam po białorusku lub ukraińsku. Muszę przyznać, ze babcia sama często cytowała rosyjskie przysłowia. Widocznie jej było wolno. „Co wolno wojewodzie…”

Moja babcia była wszechwładną boginią mojego dzieciństwa.

Duży, sześciopokojowy, drewniany dom w Łunińcu stał się moim domem rodzinnym. Kiedy miałam cztery lata, umarła moja mama i odtąd mieszkałam u babci. Babcia była wysoka, tęga i groźna. Wszyscy musieli jej słuchać. Nosiła czarne suknie z białą „duszką” lub żabotem i zamaszyste kapelusze. Byłam dumna z tego, że jestem jej wnuczką.

Białorusinki zapytane o narodowość mówiły „my tutejsze”. Ja zachowywałam się podobnie. Zapytana, jak się nazywam, nie mówiłam „Alina Towiańska” – mówiłam:

– Jestem wnuczką pani Bilewiczowej.

Nigdy na mnie nie krzyczała, a jednak bałam się jej bardzo.

* * *

Babcia czytała dużo. I tak ją zapamiętałam – z książką w reku. Ponadto zawsze czytała, choćby parę zdań z jednej książki, wieczorem. Jak wieczorny pacierz. Książkę tę mam do dzisiaj. Strona tytułowa jest zniszczona i nie wszystko można odczytać. Np. nie można odczytać roku wydania. Jest to wydawnictwo M.Arcta „POKŁOSIE MYŚLI Z NIWY ZYCIA I DUCHA”, z dzieł Karola Wagnera, Emmersona, Maeterlincka, Sedira, Johna Lubbocka, Drumonda, Ruskina, Tołstoja, Jouberta…

Na zniszczonym kartoniku używanym zamiast zakładki napisała:

Prawego męża o niezłomnej duszy
Ni tłuszcza dzikim szałem rozkiełznana
Ani groźny wzrok tyrana
Niczym nie ugnie, hartu nie skruszy

Miała niezłomna duszę. Przeżyła dwie wojny. Oprócz swojej najstarszej córki, która opiekowała się nią aż do śmierci, przeżyła wszystkie swoje dzieci. Była dumna, harda, nigdy i w żadnej sytuacji nie okazywała strachu. Wymagająca w stosunku do siebie, ale i w stosunku do bliźnich. Nie uznawała „nieudaczników”, nie znosiła „biadolenia”. Potrafiła bardzo złośliwie wykpić kogoś, kto się nad sobą rozczulał. Byłam dzieckiem jej tak młodo zmarłej córki, ale nie byłam rozpieszczana. Nie rozczulała się nad moim sieroctwem. W każdym razie nigdy tego nie okazywała.

Kiedyś oberwałam niedostateczny stopień w szkole. Babcia siedziała na fotelu pod oknem i czytała książkę. Podeszłam, cała w strachu, i powiedziałam cicho:

– Babciu, dostałam dwójkę z matematyki.

Babcia podniosła głowę znad książki i powiedziała przeciągle:

– Taak? Ale nie rozumiem, czemu mi o tym mówisz. To twoja sprawa.

Nie zapomniałam do dziś prawdziwej lekcji odpowiedzialności. Dopiero wiele lat później przypomniałam, że niedługo po tym miałam korepetycje z matematyki.

Z winy mojej babci, a może dzięki niej, nigdy nie należałam do żadnej organizacji. Bezlitośnie wyśmiewała wszelkie moje w tym kierunku dążenia:

– Czy musisz śpiewać w chórze i chodzić czwórkami? Jeżeli masz dobry głos, śpiewaj solo, a jeżeli masz słaby głos, to zajmij się czym innym.

Głos mam słaby, ale zawsze śpiewam solo lub nie śpiewam wcale.

Pobożna była moja babcia. Dzięki niej znam ewangelię i dużo pieśni kościelnych, i modlitw. Jednak mam co do tej pobożności jakieś wątpliwości. Nie pasuje do niej pokora chrześcijańska. Nadstawić drugi policzek? O, nie! Raczej oddać z nawiązką.

Jej sądy były zawsze autorytatywne. To brzmi nieprawdopodobnie, ale nie myliła się nigdy. Nie pamiętam takiego przypadku. Wcześniej czy później okazywało się, że miała rację, jeśli nawet początkowo jej ocena sytuacji wydawała się absurdalna.

A jednak raz się zdarzyło, że intuicja ją zawiodła.

Wyjeżdżaliśmy z Łunińca. Obejrzała się. Spojrzała na swój dom i powiedziała:

– I tak tu wrócę. To była, jest i będzie Polska.

* * *

Po wojnie zamieszkaliśmy w Słupsku. Jako repatriantki miałyśmy prawo, na podstawie posiadanych dokumentów, wybrać poniemiecki dom. Jednak babcia wierzyła, że wróci do swojego domu i dokumenty repatriacyjne leżą niewykorzystane do dziś.

Przeżyła 93 lata. Leży pochowana na cmentarzu w Słupsku.

* * *

To jest pierwszy rozdział starego albumu, który chcę dla Ciebie założyć, mój amerykański… nie, polski wnuczku.

Fot. 11. Zdjęcie ze starego albumu: Bilewicze.

Fot. 11. Awers i rewers zdjęcia ze starego albumu: Bilewicze.

Maria Towiańska – Michalska
/pierwodruk: Twój Styl; nr 7-8, lipiec – sierpień 1992/

Komentarze (4)

woti:

16 mar 2010 o 19:21.

Cóż może być zaskakującego w tym wspomnieniowym tekście, który wydaje się niemal starożytny? Na pierwszy rzut oka chyba to, że jest wciąż aktualny.
Ale jest też coś, co może zadziwić Sympatyków i Przyjaciół Absolwentar’a: adresat wspomnieniowego listu jest już dorosłym człowiekiem z szansą na pracę naukową w genetyce. A jego Mama – jest absolwentką WRMiTŻ. Pracuje naukowo w USA.

Sergej Kn.:

18 sie 2010 o 16:01.

Florian (1880 r.n.) i Wacław Kozłowski (1881 r.n.) narodzili sie i mieszkali w Berezie Kartuskiej. W 1938 roce Florian i jego rodzina wyjechali do Warszawy. Waclaw z zona Filicje mieszkal w Berezie do konca 60 lat, potem wyjechal do Polska. Wacław nie mial dzieci.

az:

16 paź 2012 o 20:21.

Czy Pani Maria Towiańska-Michalska jest spokrewniona z Andrzejem Towiańskim, filozofem z Litwy? Jeśli tak, proszę o kontakt na towianizm.bloog.pl

admin:

15 lut 2013 o 14:37.

Przepraszam, że dopiero teraz.
Tak – JEST. Proszę ją znaleźć poprzez Face Book’a.
Wojciech Banaszak

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Administracja