27 Grudzień 2009

Czym był dla mnie stan wojenny (6)

Autor: Maria47. Kategorie: WSPOMNIENIA .

I tak płynął czas, życie w stanie wojennym niby się uspokoiło – jednak od czasu do czasu trwały bitwy uliczne. Najgorszy był gaz, zwłaszcza dla osób starszych i dzieci.

Pracowaliśmy, program wrócił do normy, w tym „Kronika”, z tymi dyżurami, które doprowadzały nas do szału. Jednak co mogłyśmy zrobić? Osób, z którymi pracowało się długie lata, ubyło, natomiast przybyli nowi, nieznani. Nie miałam do nich zaufania, oni za mną też nie przepadali. Redaktorem Naczelnym był w dalszym ciągu Stefan Janusiewicz. Schodziłam do sekretariatu na każde zawołanie, pracowałam. Czy to była tak praca z naprawdę lubianymi osobami? Raczej nie. „Kablowników” nie brakowało… chociaż osób sprzed stanu wojennego trochę zostało.

Początkowo siedziałam jak mysz pod miotłą, cicha, spokojna, niby anioł w ludzkim ciele. Przyjęto dwie sekretarki i tylko od czasu do czasu chodziłam zastąpić którąś z nich na dole.

Zastępcą Redaktora Naczelnego został (nie żyjący już) Andrzej Androchowicz, który zawsze mi przypominał, że „na Armii Czerwonej, w małym budyneczku, tylko ty mi pomogłaś, bo te twoje zarozumiałe koleżanki nawet się do mnie nie odzywały”.

Andrzej Androchowicz, zdolny dziennikarz, przyszedł dwa lata po mnie do pracy, jeszcze w radio. Gdy po raz pierwszy wszedł do naszego pokoju, widząc zagubionego, młodego przystojnego człowieka, zwróciłam się do niego „w czym mogę panu pomóc?”. I tak pomogłam młodemu człowiekowi, a on w podzięce, wspominając w prasie swoje pierwsze dni w Radio, zawsze wymieniał moje nazwisko. Prosiłam, błagałam:

– Andrzej, daj spokój, nie rób mi reklamy!

Odpowiadał, że ,”dobrych uczynków nigdy się nie zapomina”.

Miły, serdeczny i nie wadzący nikomu i Andrzej był zastępcą Stefana Janusiewicza przez cały następny „okres dziejowy”.

* * *

W pracy nerwowo i w domu nerwowo, bowiem mojego męża (w jego zakładzie) zdjęto ze stanowiska. Przyszedł pewnego dnia smutny i gdy wróciłam z dyżuru, spojrzałam na niego i pytam:

– Co się stało?

– Nic, nic ? – kręcił. Jednak kto zna lepiej męża niż własna żona? Więc zmusiłam go do mówienia:

– Ano, zostałem popychlem, bez pracy. SB-ecy pchają się na stanowiska…

– Trudno, otworzysz stragan na rynku, będziesz woził złoto, ciuchy, i to sprzedawał – odpowiedziałam. – To też praca.

Smętny nastrój trwał kilka miesięcy, może dwa może trzy. Aż wreszcie mój małżonek wrócił na kierownicze stanowisko – i to aż na dwa! Chociaż bezpartyjny, swoją wartość miał i ją znał.

Widząc, że w Kraju na nic lepszego się nie zanosi, załatwiłam, oczywiście po znajomości, paszport i wizę dla córki, Małgosi. Dokumenty „o pochodzeniu” wyżebrałam (tak – wyżebrałam!) od Mamci. Małgosia z moją pierwszą, jakże kochaną wnuczką, Madzią, wyjechały do Republiki Federalnej Niemiec. Był rok 1988.

Łzy, ileż ja łez wylałam, zwłaszcza za Madzią. Ile nocy przepłakałam… Wówczas wyjeżdżało się do Niemiec nie ze Szczecina, ale z Wrocławia. Druga nasza córka, Danuta, z Jarkiem (obecnym zięciem) odwieźli je do Wrocławia. Po powrocie opowiadali, że cały dzień był ,,przepłakany”. Małgorzata dostała „na pochodzenie” mieszkanie, a Madzia poszła do szkoły. Był rok 1988 i znów strajk – w szczecińskim porcie.

Nie dość, że niezbyt wesoło było w pracy, to także w domu. Moja Mamcia zaczęła chorować, dziwna się zrobiła. A Ona po prostu tęskniła za prawnuczką, za Madzią. Ale o tym trochę później.

* * *

W 1986 r. kilku pracowników z Ośrodka Telewizyjnego otrzymało Odznaki 40-lecia PRL. Było to tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Między innymi byłyśmy my: Irenka Sentkowska i ja (nie wstydzę się tej odznaki). Wtedy też zdjęto ze stanowisk „naczelnych”, to jest Stefana Janusiewicza i Andrzeja Androchowicza, a Redaktorem Naczelnym Ośrodka Telewizyjnego w Szczecinie został Władysław Wojciechowski. Zastępcami zostali Ryszard Mysiak i Włodzimierz Kaczmarek.

Władysław Wojciechowski, pracował lata całe, od lat pięćdziesiątych, w Polskim Radio, a potem Ośrodku TV. Dobry kolega, „przyjaciel wszystkich”, ale służbista; do tego pracuś i wszechstronny „omnibus”. Literat, pisał sztuki dla Teatru TV. Niektóre z nich emitowano w programie ogólnopolskim (w latach 1970).

Jakoś coraz spokojniej się pracowało, chociaż Władek Wojciechowski późno wychodził z pracy, a i my też. Przyznam się, że nigdy nie padło z naszych ust słowo „nie”. Wiedziałyśmy, że i tak trzeba zostać, więc po co drażnić szefa?

Szef miał działkę (pracowniczy ogród działkowy) prawie obok mojej. Nawoził, uprawiał i przynosił w piersiówce własne nalewki, najczęściej ze śliwek.

– Tylko, dziewuchy, błagam po pracy. Po pracy!

Miły, sympatyczny, a jednak szef. A szef –  to szef!

Plotkarzy i donosicieli nigdy nie brakowało. Co mówiono na Kolegium w Radio, za chwilę wiedziano w Telewizji. „Inne donosicielstwo” też „kwitło”. W sumie jednak praca była spokojna i nawet nowi ludzie nie wprowadzali nadmiernego fermentu. Nowi, w tym fajni mężczyźni, między innymi Dariusz Więcaszek… A propos – czytałam w prasie, że został pomówiony o czytanie wiadomości w stanie wojennym, w mundurze. Ręczę, że niczego takiego u nas nie było! Przyszedł do pracy około 1984 roku, kiedy lokalna telewizja już „zapominała” o stanie wojennym. Często nienawiść zaślepia ludzi, a wtedy nie wiedzą, co mówią i czynią.

Z nowych przybyła też sympatyczna Ewa Kostańska – dziewczyna uczciwa jak kryształ. Przyszło też wiele innych osób.

Niestety, pozostały w pracy także takie osoby, które, gdy już będąc na emeryturze – widziałam je na monitorze telewizora – wszystkie noże w szufladzie same się otwierały. Obecnie już ich nie widać na wizji i całe szczęście, że są inne, młode, piękniejsze twarze. Naprawdę zupełnie inne twarze.

* * *

Nagle „wybuchła” słynna debata Miodowicz – Wałęsa. Tego wieczoru miałam nieco dziwny, nawet śmieszny przypadek:

Mój małżonek często zalewał wiśnie alkoholem, a ja lubiłam wyjadać „wzmocnione” wisienki. Przed debatą (byłam w mieszkaniu sama, wyłącznie z pudelkiem Dunią) otworzyłam jedną taką „wisienkową flaszkę” i wyjadając wiśnie (absolutnie nie pijąc!), słuchałam tej debaty. Jak wiadomo, wygrał ją pan Wałęsa, więc ja, chcąc pogadać o tym – zadzwoniłam do Ireny Sentkowskiej. Wstałam z fotela, a tu nogi jak z waty! Jednak coś tam mówiłam do telefonu, choć okazało się że Ireny nie ma w domu. Odebrał jej syn i przekazał mamie z komentarzem (co mi powtórzyła, oczywiście):

– Dzwoniła pani Marylka, ale chyba była ,,nagrzana”, bo dziwie jakoś mówiła.

Fakt faktem, że te „niewinne”, roczne wiśnie okazały się zdradliwe, jak jakiś niewierny kochanek. Chcąc się usprawiedliwić – przyniosłam do pracy dwie ,,flaszki” i dałam dziewczynom… Na jakiś czas wiśni w butelce miałam dosyć i patrzeć na nie nie mogłam (nawet na butelki).

* * *

Potem „stał się” Okrągły Stół. Pamiętam zafrasowaną minę pana profesora Bronisława Geremka, jakąś długą przerwę… i wreszcie podpisano. Następnie generała Wojciecha Jaruzelskiego wybrano na Prezydenta RP (był jedynym kandydatem i wygrał przewagą jednego głosu1), a pana Tadeusza Mazowieckiego na Premiera nowej Rzeczpospolitej Polskiej. Chyba wszyscy zapamiętali zasłabnięcie Premiera w czasie przemowy inauguracyjnej (na szczęście niegroźne).

W międzyczasie, przed wyborami parlamentarnymi odwołano Władysława Wojciechowskiego i nowym redaktorem naczelnym został Jacek Popiołek. Cicho przyszedł i cicho rządził – nie chodził po pokojach, nie kontrolował, nie sprawdzał. Tak jak cicho przyszedł, tak samo spokojnie odszedł. Kolejnym redaktorem naczelnym został Zbigniew Puchalski – osoba miła, nie wadząca nikomu. Po nim zaś i po następnych wyborach do Sejmu nastał nowy naczelny – Przemysław Fenrych. To było nieszczęście (to jest moje zdanie).

Chyba była Wigilia 1989 i odrodzenie ,,Solidarności” w telewizji. Przewodniczącym związku został wtedy Jacek Kamiński. Zbigniew Puchalski miał pracować do lutego 1990 roku, a potem planował przejść na emeryturę (wszyscy o tym wiedzieli).

Nie chcę kłamać w szczegółach, bo nie zanotowałam – przypominam sobie jednak, że zebranie załogi zwołał Przemysław Fenrych ze swoim ,,nadwornym”, i że odbyło się ono w sali kinowej, na parterze. Wtedy zobaczyliśmy przed nim krucyfiks i odbyło się straszenie załogi. Pomyślałam ,,jeszcze bagnet na broń…?”.

Nastał początek 1990 roku i odwoływanie – kogo się dało. Nowy „Pobożny Pan i Jego Pomagier” zaczęli swe rządy. Pomagier – czyli opisywany wcześniej „niezrealizowany aresztant”, Julian Jóźwiakowski, który pokazał nam swą „prawdziwą twarz”. To wtedy odwołano Władka Kuruś-Brzezińskiego, a potem już tylko zmiany, zmiany, i zmiany.

Władek chciał zostać, więc poszedł na rozmowę do szefostwa. Ja wtedy mu doradzałam, powiedziałam z niesmakiem:

– Po co chcesz pracować z nimi? Idź lepiej na emeryturę. Nie daj sobą pomiatać. Oni nie są tego warci.

I Władek poszedł sobie (na niezłą) emeryturę.

* * *

W międzyczasie zmarła moja Mamcia (oprócz tego bardzo tęskniłam za Madzią). W pracy zbierano na nekrolog dla Mamy. Dotarło do mnie, że poproszony o wpłatę Julian Jóźwiakowski powiedział „ja mogę dać, ale tylko złotówkę”. Gdy powtórzono mi to, zeszłam piętro niżej i zapytałam, czy ma jedną złotówkę. Odpowiedział, że już dał na nekrolog. Nie wiem czy dał, ja jednak oddałam mu chyba ze 20 złotych (wówczas były inne banknoty niż dziś), zabrałam złotówkę i wróciłam na górę. Wypisałam się także z „Solidarności”, wiem, że jako trzecia już osoba.

Gdy wchodziłam do gabinetu Nowego Naczelnego i widziałam tam Krucyfiks i minę tego pana – to włosy mi dęba stawały na głowie. Oj, jak chętnie rąbnęłabym w tę… Od tej pory przestałam uczęszczać do Świątyni Bożej. Nadal wierzę w Boga, ale ten „święty namaszczony na Redaktora Naczelnego” skutecznie oduczył mnie modlitwy w kościele.

Tak samo źle wspominam nowego personalnego, wiecznie złego… I oczy miał takie pełne nienawiści.

Na szczęście jakoś przetrwałam ten beznadziejny okres, a poza tym miałam kilka miesięcy zaległego urlopu. Chciałam rzucić „to wszystko” i wyjechać do Małgorzaty, do Niemiec.

W pracy została tylko jedna koleżanka, bo Ircia Sentkowska chorowała (właściwie to i ona, i jej mąż przebywali w szpitalu), a Danielcia wcześniej zwolniła się z pracy. Więc straszono mnie, że nie będę miała po co wracać do pracy, że nie dostanę tego urlopu. Ja jednak załatwiłam paszport i wizę, i szykowałam się do wyjazdu.

W międzyczasie założyliśmy drugie Koło Mniejszości Niemieckiej.

Poczekałam na wybory prezydenckie, aby zagłosować na pana Lecha Wałęsę i za dwa dni wyjechałam do Niemiec. Tam Muru Berlińskiego już nie było, a tylko świętowano Wolność i zjednoczenie Niemiec.

Szczęśliwa, że zostawiam „te krzyże na biurkach” – i, pomimo tych krzyży, nieprzyjaznych nikomu ludzi – kierownictwo. Mnie już to nie dotyczyło.

W Niemczech córka urodziła Michała. Była w kiepskim stanie, więc ja z Madzią gospodarzyłyśmy. Tam poznałam inny świat, innych ludzi, inną kulturę, gdzie nikt nie odważyłby się wymachiwać Krzyżem przed stojącą osobą lub udawać „pana innego człowieka”.

Nie do końca było mi lekko, bo w domu nie wszystko było załatwione. Przede wszystkim zostawiłam w szpitalu męża (po operacji), zostawiłam Ojczyma, córkę Danutę i psa Dunię. Ale wtedy nie chciałam wracać do Polski, do domu i pracy – za nic w świecie. W Niemczech zobaczyłam inny świat, dotychczas mi nie znany.

Byłam w Niemczech parę miesięcy, zwiedziłam wiele nowych miejsc, ale wciąż miałam dylemat – wrócić czy nie wrócić? Były telefony od Ojczyma, starszego Człowieka, samotnego. W końcu jednak córka Dana (studiująca) i pies Dunia (bardzo za mną psina tęskniła) skłoniły mnie do powrotu. Odjeżdżałam od Małgorzaty zalewając się gorzkimi łzami. Do czego tu wracać? Do ponurej rzeczywistości, do ludzi nawzajem się nienawidzących?!

* * *

Pierwszy dzień w pracy to był horror. Gdy znów zobaczyłam „ten Krucyfiks”, który zamiast jednoczyć, jak Bóg przykazał – stał się postrachem. A za nim tych dwoje rządzących, jak na własnym folwarku… A jeszcze zdarzyło mi się usłyszeć rozmowę Przemysława Fenrycha z nowowybraną przewodniczącą ,,Solidarności” – te pytania, te donosy i ostrzeżenie „jak pani coś powie, to już pani nie pracuje”. Powiedziałam sobie:

– Dość!!! A, rzesz ty! Możesz mnie pocałować…

I faktycznie, jeden nocny teleks i zniknął „ten Krucyfiks” (oby trafił na swoje miejsce w kościele). W ślad za nim znikł też wszechobecny kadrowiec, Julian Jóźwiakowski.

Redaktorem naczelnym został Jacek Kamiński. Poprosiłam go:

– Jacku, są grupowe zwolnienia, dodaj mnie do tej listy i idę na wcześniejszą emeryturę.

– Czy naprawdę aż tak koniecznie chcesz odejść?

– Tak – odpowiedziałam – nerwy odmawiają mi posłuszeństwa. Ja już za dużo dobrego i pięknego widziałam. Proszę cię, wyślij mnie na tę emeryturę.

Jeszcze trochę popracowałam, a potem zwolnienie lekarskie i nareszcie EMERYTURA.

Od tej pory byłam tylko dwa razy w OTV.

Irenka Sentkowska też odeszła, po śmierci męża, na emeryturę, a następna koleżanka na rentę. I tak zakończyłam pracę w mojej ukochanej instytucji, która dzięki złym ludziom zniszczyła zbyt wiele osób.

Człowiek zniszczył Człowieka. Czy Człowiek to brzmi dumnie? Nie wiem. Jestem wierząca, ale nadgorliwcy dla władzy potrafią podeptać nawet najwyższe wartości.

Orchidea /foto.W.Banaszak/

Orchidea /foto.W.Banaszak/

Ku słońcu

Tak widzę przyszłość naszego Kraju

Zwanego Rzacząpospolitą

– Twoją, moją,

Nas wszystkich Ojczyznę.

Tak widzę i tego życzę sobie i Wam. Wszystkim.

———————–

Są to moje przeżycia, mój punkt widzenia, to co przeżyłam. Mogłabym więcej dodać, jednak nic ująć.

Maria Czech Sobczak

1W trwających kilka godzin wyborach prezydenta wzięło udział 544 posłów i senatorów, wchodzących w skład Zgromadzenia Narodowego. Za kandydaturą gen. Jaruzelskiego głosowało 270. Przeciw było 233, a 34 wstrzymało się od głosu. Jasne więc, że nawet nie wszyscy posłowie koalicji rządowej głosowali za Jaruzelskim. Szczęśliwie dla Jaruzelskiego 7 posłów i senatorów OKP oddało głosy nieważne, co zmniejszyło liczbę głosów niezbędnych do jego wyboru do 270. Tyle właśnie uzyskał. Gdyby otrzymał choćby o choćby jeden głos mniej, nie zostałby wybrany.

Komentarze (2)

Zbigniew:

24 mar 2010 o 8:14.

Julian Jóźwiakowski był internowany w stanie wojennym. W trakcie internowania ciężko pobity rzecz miała miejsce w Wierzchowie Pomorskim…Na wielokrotne propozycje wyjazdu z PRL na emigrację, nie wyrażał zgody. A Szanowna Pani co w tym czasie robiła? Co Pani robiła w latach 80-tych? Julian działał też w strukturach podziemnej „S”. Jego żona wcześniej pracowała w Szczecińskim radiu, gdy Juliana Jóźwiakowskiego wypuszczono z internowania do domu, ją zwolniono z pracy. Szanowna Pani może po koleżeńsku ze względu na swoje zaangażowanie religijne, dostarczyła głodującym Jóźwiakowskim paczkę, a może dała trochę pieniędzy? Mi o takim fakcie nic nie wiadomo. Zbigniew Zakrzewski Szczecin

admin:

14 kwi 2010 o 16:04.

Nie jestem dumny, że podobno zająłem biurko, za którym siadywał Julian Jóźwiakowski (pracowałem tam w latach 1983-85). To znaczy nie cieszyło mnie, że został usunięty w okresie stanu wojennego – a ja go jakby „podsiadłem”. Pamiętałem pana Juliana pozytywnie z o wiele wcześniejszych lat – obronił mnie przed napadem chuliganów na jego „własnej” klatce schodowej (szedłem w odwiedziny do jego młodszej siostry, która była moją koleżanką w liceum). Ale w zasadzie się nie znaliśmy.
Nie wiem, jak zachowywał sie pan Julian po 1990r. – opisuje to pani Maria, która wtedy (po 1990r.) TAKŻE pracowała w TV.
Tym niemniej wydaje mi się, że co innego godnie zachować się w okresie rewolucji, a co innego zarządzać firmą/instytucją… Bardzo często „punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia”. A konflikty potrafią się rodzić na każdym gruncie, w kazdym srodowisku (vide prezydenci Wałęsa i Kaczyński).
Autorka ma prawo do własnego spojrzenia i sądów, byle niekłamanych. Pan, oczywiście, także. Pytaniem pozostaje, czy ludzie mniej lub bardziej lojalni wobec tego czy innego rządu/władzy nie mają prawa do opisywania swych przeżyć? Tylko dlatego, że zostali po innej stronie barykady lub w ogóle nie zajęli zdecydowanego stanowiska „w sprawie”?
Czy po zwycięstwie – ogólnie rzecz ujmując – Solidarności – wzorem „jedynie słusznych czasów” należy KOMUKOLWIEK zamykać usta?
Tym niemniej wyrażam wobec Pana szacunek – nieczęsto zdarza się, że internauci podpisują się imieniem i nazwiskiem.

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Administracja