9 Kwiecień 2014

Droga do Szreniawy

Autor: admin. Kategorie: OPOWIEŚCI z PAMIĘCI; WSPOMNIENIA .

MPRochowscy Droga do Szreniawy 1

W roku 1903 Wawrzyniec Seweryn i jego żona Katarzyna z domu Pawlicka postanowili sprzedać ziemię i dom w rodzinnej Porąbce i poszukać w okolicy nowego, większego gospodarstwa. Pierwsza transakcja okazała się niewypałem i nie warto o niej wspominać. Przy drugim podejściu wybór padł na trzydzieści mórg ziemi, które dziedzic Zdanowski sprzedawał w niedalekiej Szreniawie. Pole było dobre, w jednym kawałku, choć bez budynków. Właściciel żądał po trzysta osiemdziesiąt rubli za morgę. Tym razem transakcja została sfinalizowana. Kiedy na wiosnę następnego roku Sewerynowie rozpoczęli budowę nowego domu, Anna, ich piąte w kolejności dziecko, miała 11 lat i wraz z zresztą rodzeństwa mieszkała nadal w Porąbce, podczas gdy rodzice najpierw jeździli każdego dnia tam i z powrotem na plac budowy, żeby po jakimś czasie zamieszkać na nowych włościach w prowizorycznym szałasie. W końcu maja 1904 roku Anna i jej młodszy brat Franciszek pomaszerowali na piechotę do Szreniawy aby zobaczyć, jak rodzice radzą sobie z budową. Kiedy później po blisko 80 latach Anna z Sewerynów Szopowa spisywała swoje wspomnienia*, ta wyprawa wciąż żyła w jej pamięci jako wydarzenie szczególne.

To była moja pierwsza podróż na własną odpowiedzialność. Drogę znałam tylko do Budzynia i wiedziałam, że Szreniawa leży za Trzebienicami. Ojciec powiedział mi, że koniec języka za przewodnika (…) Myślę teraz, że właśnie ta wędrówka do nowego świata i nowe warunki życiowe zakończyły moje dzieciństwo (s. 77-79). Sześć kilometrów z Porąbki do Szreniawy. Sześć kilometrów archetypowej wędrówki ze świata dzieciństwa w dorosłość…

Pod koniec marca 2014 roku stoję w Porąbce, być może w pobliżu miejsca, w którym pani Anna, wtedy dzieckiem jeszcze będąc, rozpoczęła swoją wędrówkę. Na przełomie tamtych wieków Porąbka była osadą zagubioną pomiędzy Glanowem, Trzyciążem, Budzyniem oraz Suchą (s. 20). Stoję, rozglądam się i wychodzi na to, że wieś do dzisiaj nie tylko się nie odnalazła, ale jakby jeszcze bardziej się zagubiła, i to zagubieniem pełnym największego smutku, bo zagubieniem w nijakości. Wzdłuż chłodnej dolinki ciągnie się zagon słupków polskich pod nieśmiertelnym eternitem, dziedzictwo nieprzetłumaczalne na inne języki architektury. W gęstych chaszczach gdzieniegdzie dogorywa jeszcze jakiś zrąb, kilka belek w opuszczonej chałupie, której nikt już nie pomoże, a raczej przeciwnie. Poza tym pustak, prefabrykat, jeleń z gipsu. Opuścić tę wieś to jest pomysł uniwersalny i tak samo aktualny w każdej epoce, choć wtedy nie o estetykę przecież chodziło, ale o to, żeby lepiej żyć.

Mała Sewerynówna wyruszyła stąd drogą prowadzącą w górę, na północny wschód, w stronę Budzynia. Tę drogę znała. Prawdziwa przygoda zaczynała się tak naprawdę dopiero od skrzyżowania w Budzyniu, gdzie stał już wtedy albo jeszcze nie stał przydrożny krzyż ze stalowymi wstęgami, które przez lata wiatr chyba, bo kto by inny, powyginał w finezyjne zawijasy. Kilometr dalej kolejny krzyż i kolejne rozstaje dróg. Zastanawialiśmy się, którą pójść. Zobaczyliśmy, że niedaleko jeden wieśniak włóczy rolę w jednego konia. Podeszłam i zapytałam, która droga prowadzi do Szreniawy. Na prawo, przez Trzebienice – usłyszałam (s. 77). Zatrzymuję się teraz na tym samym rozdrożu. Pod nogami idealnie gładki asfalt, świeże jest echo bitumicznego dramatu, który musiał się tutaj rozegrać zupełnie niedawno. Nie widziałem tego na własne oczy, ale potrafię odtworzyć wszystko w wyobraźni. Nadjechali od strony Budzynia, wcześnie rano, ale nie tak wcześnie jak zbierający mleko z pobliskich gospodarstw beczkowóz mleczarni z Miechowa. Zatrzymali się tak jak ja teraz obok krzyża, wysiedli, zatrzasnęli drzwi szoferek, ale nie wygasili silników. Zakurzyli. Rzucili monetą. Reszka – kładziemy na prawo, orzeł – na lewo. Dokładnie w tej samej chwili w leżącej na lewo Lgocie stanęły wszystkie zegary. Orzeł. Wskazówki drgnęły z mozołem. Oni bez słów skierowali się do swoich maszyn. W południe ktoś widział, jak znikali pośród pierwszych zabudowań Lgoty.

MPRochowscy Droga do Szreniawy 2

MPRochowscy Droga do Szreniawy 3

A droga na prawo? Została nietknięta i wygląda chyba dokładnie tak samo, jak wtedy, przed laty. Nie bacząc na przygniecioną asfaltem siostrę, rusza żwawo spod krzyża i tnie prostą linią bezmiar pól pokrywających rozległy płaskowyż, który zazdrośnie zasłania widok na to, co jest po drugiej stronie. Całkiem niezła droga, po jurajsku trochę kamienista, trochę błotnista, a w większej części jednocześnie i taka, i taka. Po jakimś czasie dociera się na szczyt tego płaskowyżu, żeby zobaczyć leżące w dole Trzebienice, a jeszcze dalej także Szreniawę. Schodząca z pagórka sto dziesięć lat temu (teraz dopiero olśniło mnie, że to okrągła rocznica) mała Sewerynówna mogła już stąd maszerować z lekkim sercem, bo cel wędrówki widać było prawie jak na dłoni. Było tak nawet jeśli nowy kościół w Szreniawie dopiero się właśnie budował i nie miał jeszcze tej smukłej neogotyckiej wieży, która dzisiaj jest punktem orientacyjnym dla połowy miechowskiego powiatu. W każdym razie na pewno nie było w 1904 kamiennej figury u stóp wzgórza, po jego drugiej, trzebienickiej stronie. Michał i Maria Dzieże postawią ją dopiero w 1946 roku. Patrząc na rozbrajająco niewinną i radosną twarz małego Chrystusa nie sposób oprzeć się mrocznemu przypuszczeniu, że w rodzinie fundatorów wydarzyła się jakaś tragedia związana z utratą dziecka. A może wręcz przeciwnie. Kto dzisiaj jeszcze o tym pamięta?

MPRochowscy Droga do Szreniawy 4

A tymczasem panna Anna schodzi do Trzebienic. Domy stały po obu stronach drogi, dom przy domu, bokiem do drogi. W środku tej niecki droga rozszerzała się w duży plac, a na jego środku stało kilka malutkich, niskich chałupek. Całość wyglądała niechlujnie (s. 77). Kolejna smutna wioska, która nie potrafi poradzić sobie sama ze sobą i nie widać też, żeby zza miedzy ktoś spieszył z ratunkiem. Na górce stoją naprzeciw siebie dwaj bohaterowie dawnych zmagań. Po jednej stronie drogi kępa drzew w zdziczałym parku, rozsypujący się mur, nędzna ruina dworu. Po stronie drugiej równie nędznie wyglądające popegeerowskie bloczki. Wszędzie wokół pobojowisko poległych w słusznej sprawie traktorów, siewników i młocarek. W jednym z folwarcznych budynków wegetuje ubojowa hodowla gęsi. Droga do nowoczesności w Trzebienicach. Nieszczęsne ptaki snują się za drucianą siatką, już teraz martwe bardziej niż resztki porzuconych w krzakach ursusów i bizonów. Jest gorzej, dużo gorzej niż wtedy, gdy w wiosenne, majowe przedpołudnie malarz Radziejowski, właściciel dworu, rozstawiał w sadzie sztalugi, a po drugiej stronie zielonego, równo przystrzyżonego żywopłotu mała dziewczynka z jeszcze mniejszym braciszkiem maszerowała piaszczystą, pewnie piaszczystą, choć nie ma pewności, drogą, która zresztą zaraz za dworem obniżała się i dochodziła do szosy obsadzonej z obu stron rozłożystymi kasztanami.

MPRochowscy Droga do Szreniawy 5

MPRochowscy Droga do Szreniawy 6

A z szosy już widzieliśmy budujący się dom – nasz dom. Otworzyła się cała północna strona świata, coś w rodzaju panoramy. Od zachodu, wysoko – wsie Polesice, Szarkówka, okolice Miechowa. Od Wolbromia szedł pociąg, lokomotywa gwizdała, unosiła się smuga dymu. Niżej – Przybysławice i szreniawski kościół (jeszcze stary? nowy w trakcie budowy?); samej Szreniawy nie było widać, gdyż położona była w dolinie, nad rzeką Szreniawą (s. 78). Zatrzymuję się po raz kolejny. W poprzek panoramy z zawrotną prędkością przelatują samochody, przeważnie białe, trochę srebrnych, jeden bordowy. Między Wolbromiem a Miechowem też położyli nowy asfalt. Ale poza tym jest prawie tak samo. Zastanawiam się, czy robić zdjęcia, ale nie, to byłoby jak aktualizacja tamtych wspomnień, a wbrew obiegowym opiniom nie każda aktualizacja wychodzi od razu na lepsze. Odprowadzam dwoje małych wędrowców pod szreniawski kościół i idę rozejrzeć się trochę po wsi. Szreniawa wygląda nie najgorzej, chyba warto było się przeprowadzić. Strzelisty neogotyk, tysiąc stokrotek na trawniku wokół cichego i pachnącego kościoła, nagły zakręt i zjazd nad rzekę, jakiś stary dom, pierwszy żywy stary dom jaki dzisiaj widzę, a za nim jeszcze jeden. Szreniawski genius loci uśmiechnięty szeroko od ucha do ucha i przez nikogo niezaczepiany fruwa swobodnie po łąkach nad rzeką, trzymając w ręku zerwany postronek od kozy albo krowy, która w związku z wiosną postanowiła oddalić się w siną dal i zacząć wszystko od nowa. Leżę między stokrotkami, patrzę na tę niesamowitą wieżę i wydaje mi się, że po tym dniu trochę już rozumiem, jak to było wędrować w dorosłość pewnej wiosny 1904 roku. Nie pozostaje nic innego, jak wracać do siebie.

Jest jeszcze coś. Kiedy wspinałem się polną drogą, tą, która za Budzyniem odchodzi na prawo od krzyża, z drugiego jej końca nadeszła młoda, uśmiechnięta kobieta. Przed sobą, w nosidełku uwiązanym przemyślnie z wielkiej chusty niosła małe dziecko. Minęliśmy się w samym środku pustkowia, na szczycie pagórka, bez słów, wymieniając tylko uśmiechy. Doświadczenie niezwykłości życia przeszłego i teraźniejszego w polach między Porąbką a Szreniawą.


* Anna Szopowa, Wojciech Banaszak. Wspomnienia z pamięci. Starostwo Powiatowe w Olkuszu, 2013. (e-book do pobrania)

Autor: Piotr Rochowski

Przedruk za zgodą Autora, z bloga ZAKĄTKI – miejsca, przestrzenie, krajobrazy

Zostaw komentarz

Zaloguj się, by móc komentowaą.

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Administracja