9Kwiecień2014

Droga do Szreniawy

Autor: admin. Kategorie: OPOWIEŚCI z PAMIĘCI; WSPOMNIENIA.

MPRochowscy Droga do Szreniawy 1

W roku 1903 Wawrzyniec Seweryn i jego żona Katarzyna z domu Pawlicka postanowili sprzedać ziemię i dom w rodzinnej Porąbce i poszukać w okolicy nowego, większego gospodarstwa. Pierwsza transakcja okazała się niewypałem i nie warto o niej wspominać. Przy drugim podejściu wybór padł na trzydzieści mórg ziemi, które dziedzic Zdanowski sprzedawał w niedalekiej Szreniawie. Pole było dobre, w jednym kawałku, choć bez budynków. Właściciel żądał po trzysta osiemdziesiąt rubli za morgę. Tym razem transakcja została sfinalizowana. Kiedy na wiosnę następnego roku Sewerynowie rozpoczęli budowę nowego domu, Anna, ich piąte w kolejności dziecko, miała 11 lat i wraz z zresztą rodzeństwa mieszkała nadal w Porąbce, podczas gdy rodzice najpierw jeździli każdego dnia tam i z powrotem na plac budowy, żeby po jakimś czasie zamieszkać na nowych włościach w prowizorycznym szałasie. W końcu maja 1904 roku Anna i jej młodszy brat Franciszek pomaszerowali na piechotę do Szreniawy aby zobaczyć, jak rodzice radzą sobie z budową. Kiedy później po blisko 80 latach Anna z Sewerynów Szopowa spisywała swoje wspomnienia*, ta wyprawa wciąż żyła w jej pamięci jako wydarzenie szczególne.

To była moja pierwsza podróż na własną odpowiedzialność. Drogę znałam tylko do Budzynia i wiedziałam, że Szreniawa leży za Trzebienicami. Ojciec powiedział mi, że koniec języka za przewodnika (…) Myślę teraz, że właśnie ta wędrówka do nowego świata i nowe warunki życiowe zakończyły moje dzieciństwo (s. 77-79). Sześć kilometrów z Porąbki do Szreniawy. Sześć kilometrów archetypowej wędrówki ze świata dzieciństwa w dorosłość…

Pod koniec marca 2014 roku stoję w Porąbce, być może w pobliżu miejsca, w którym pani Anna, wtedy dzieckiem jeszcze będąc, rozpoczęła swoją wędrówkę. Na przełomie tamtych wieków Porąbka była osadą zagubioną pomiędzy Glanowem, Trzyciążem, Budzyniem oraz Suchą (s. 20). Stoję, rozglądam się i wychodzi na to, że wieś do dzisiaj nie tylko się nie odnalazła, ale jakby jeszcze bardziej się zagubiła, i to zagubieniem pełnym największego smutku, bo zagubieniem w nijakości. Wzdłuż chłodnej dolinki ciągnie się zagon słupków polskich pod nieśmiertelnym eternitem, dziedzictwo nieprzetłumaczalne na inne języki architektury. W gęstych chaszczach gdzieniegdzie dogorywa jeszcze jakiś zrąb, kilka belek w opuszczonej chałupie, której nikt już nie pomoże, a raczej przeciwnie. Poza tym pustak, prefabrykat, jeleń z gipsu. Opuścić tę wieś to jest pomysł uniwersalny i tak samo aktualny w każdej epoce, choć wtedy nie o estetykę przecież chodziło, ale o to, żeby lepiej żyć.

Mała Sewerynówna wyruszyła stąd drogą prowadzącą w górę, na północny wschód, w stronę Budzynia. Tę drogę znała. Prawdziwa przygoda zaczynała się tak naprawdę dopiero od skrzyżowania w Budzyniu, gdzie stał już wtedy albo jeszcze nie stał przydrożny krzyż ze stalowymi wstęgami, które przez lata wiatr chyba, bo kto by inny, powyginał w finezyjne zawijasy. Kilometr dalej kolejny krzyż i kolejne rozstaje dróg. Zastanawialiśmy się, którą pójść. Zobaczyliśmy, że niedaleko jeden wieśniak włóczy rolę w jednego konia. Podeszłam i zapytałam, która droga prowadzi do Szreniawy. Na prawo, przez Trzebienice – usłyszałam (s. 77). Zatrzymuję się teraz na tym samym rozdrożu. Pod nogami idealnie gładki asfalt, świeże jest echo bitumicznego dramatu, który musiał się tutaj rozegrać zupełnie niedawno. Nie widziałem tego na własne oczy, ale potrafię odtworzyć wszystko w wyobraźni. Nadjechali od strony Budzynia, wcześnie rano, ale nie tak wcześnie jak zbierający mleko z pobliskich gospodarstw beczkowóz mleczarni z Miechowa. Zatrzymali się tak jak ja teraz obok krzyża, wysiedli, zatrzasnęli drzwi szoferek, ale nie wygasili silników. Zakurzyli. Rzucili monetą. Reszka – kładziemy na prawo, orzeł – na lewo. Dokładnie w tej samej chwili w leżącej na lewo Lgocie stanęły wszystkie zegary. Orzeł. Wskazówki drgnęły z mozołem. Oni bez słów skierowali się do swoich maszyn. W południe ktoś widział, jak znikali pośród pierwszych zabudowań Lgoty.

MPRochowscy Droga do Szreniawy 2

MPRochowscy Droga do Szreniawy 3

A droga na prawo? Została nietknięta i wygląda chyba dokładnie tak samo, jak wtedy, przed laty. Nie bacząc na przygniecioną asfaltem siostrę, rusza żwawo spod krzyża i tnie prostą linią bezmiar pól pokrywających rozległy płaskowyż, który zazdrośnie zasłania widok na to, co jest po drugiej stronie. Całkiem niezła droga, po jurajsku trochę kamienista, trochę błotnista, a w większej części jednocześnie i taka, i taka. Po jakimś czasie dociera się na szczyt tego płaskowyżu, żeby zobaczyć leżące w dole Trzebienice, a jeszcze dalej także Szreniawę. Schodząca z pagórka sto dziesięć lat temu (teraz dopiero olśniło mnie, że to okrągła rocznica) mała Sewerynówna mogła już stąd maszerować z lekkim sercem, bo cel wędrówki widać było prawie jak na dłoni. Było tak nawet jeśli nowy kościół w Szreniawie dopiero się właśnie budował i nie miał jeszcze tej smukłej neogotyckiej wieży, która dzisiaj jest punktem orientacyjnym dla połowy miechowskiego powiatu. W każdym razie na pewno nie było w 1904 kamiennej figury u stóp wzgórza, po jego drugiej, trzebienickiej stronie. Michał i Maria Dzieże postawią ją dopiero w 1946 roku. Patrząc na rozbrajająco niewinną i radosną twarz małego Chrystusa nie sposób oprzeć się mrocznemu przypuszczeniu, że w rodzinie fundatorów wydarzyła się jakaś tragedia związana z utratą dziecka. A może wręcz przeciwnie. Kto dzisiaj jeszcze o tym pamięta?

MPRochowscy Droga do Szreniawy 4

A tymczasem panna Anna schodzi do Trzebienic. Domy stały po obu stronach drogi, dom przy domu, bokiem do drogi. W środku tej niecki droga rozszerzała się w duży plac, a na jego środku stało kilka malutkich, niskich chałupek. Całość wyglądała niechlujnie (s. 77). Kolejna smutna wioska, która nie potrafi poradzić sobie sama ze sobą i nie widać też, żeby zza miedzy ktoś spieszył z ratunkiem. Na górce stoją naprzeciw siebie dwaj bohaterowie dawnych zmagań. Po jednej stronie drogi kępa drzew w zdziczałym parku, rozsypujący się mur, nędzna ruina dworu. Po stronie drugiej równie nędznie wyglądające popegeerowskie bloczki. Wszędzie wokół pobojowisko poległych w słusznej sprawie traktorów, siewników i młocarek. W jednym z folwarcznych budynków wegetuje ubojowa hodowla gęsi. Droga do nowoczesności w Trzebienicach. Nieszczęsne ptaki snują się za drucianą siatką, już teraz martwe bardziej niż resztki porzuconych w krzakach ursusów i bizonów. Jest gorzej, dużo gorzej niż wtedy, gdy w wiosenne, majowe przedpołudnie malarz Radziejowski, właściciel dworu, rozstawiał w sadzie sztalugi, a po drugiej stronie zielonego, równo przystrzyżonego żywopłotu mała dziewczynka z jeszcze mniejszym braciszkiem maszerowała piaszczystą, pewnie piaszczystą, choć nie ma pewności, drogą, która zresztą zaraz za dworem obniżała się i dochodziła do szosy obsadzonej z obu stron rozłożystymi kasztanami.

MPRochowscy Droga do Szreniawy 5

MPRochowscy Droga do Szreniawy 6

A z szosy już widzieliśmy budujący się dom – nasz dom. Otworzyła się cała północna strona świata, coś w rodzaju panoramy. Od zachodu, wysoko – wsie Polesice, Szarkówka, okolice Miechowa. Od Wolbromia szedł pociąg, lokomotywa gwizdała, unosiła się smuga dymu. Niżej – Przybysławice i szreniawski kościół (jeszcze stary? nowy w trakcie budowy?); samej Szreniawy nie było widać, gdyż położona była w dolinie, nad rzeką Szreniawą (s. 78). Zatrzymuję się po raz kolejny. W poprzek panoramy z zawrotną prędkością przelatują samochody, przeważnie białe, trochę srebrnych, jeden bordowy. Między Wolbromiem a Miechowem też położyli nowy asfalt. Ale poza tym jest prawie tak samo. Zastanawiam się, czy robić zdjęcia, ale nie, to byłoby jak aktualizacja tamtych wspomnień, a wbrew obiegowym opiniom nie każda aktualizacja wychodzi od razu na lepsze. Odprowadzam dwoje małych wędrowców pod szreniawski kościół i idę rozejrzeć się trochę po wsi. Szreniawa wygląda nie najgorzej, chyba warto było się przeprowadzić. Strzelisty neogotyk, tysiąc stokrotek na trawniku wokół cichego i pachnącego kościoła, nagły zakręt i zjazd nad rzekę, jakiś stary dom, pierwszy żywy stary dom jaki dzisiaj widzę, a za nim jeszcze jeden. Szreniawski genius loci uśmiechnięty szeroko od ucha do ucha i przez nikogo niezaczepiany fruwa swobodnie po łąkach nad rzeką, trzymając w ręku zerwany postronek od kozy albo krowy, która w związku z wiosną postanowiła oddalić się w siną dal i zacząć wszystko od nowa. Leżę między stokrotkami, patrzę na tę niesamowitą wieżę i wydaje mi się, że po tym dniu trochę już rozumiem, jak to było wędrować w dorosłość pewnej wiosny 1904 roku. Nie pozostaje nic innego, jak wracać do siebie.

Jest jeszcze coś. Kiedy wspinałem się polną drogą, tą, która za Budzyniem odchodzi na prawo od krzyża, z drugiego jej końca nadeszła młoda, uśmiechnięta kobieta. Przed sobą, w nosidełku uwiązanym przemyślnie z wielkiej chusty niosła małe dziecko. Minęliśmy się w samym środku pustkowia, na szczycie pagórka, bez słów, wymieniając tylko uśmiechy. Doświadczenie niezwykłości życia przeszłego i teraźniejszego w polach między Porąbką a Szreniawą.


* Anna Szopowa, Wojciech Banaszak. Wspomnienia z pamięci. Starostwo Powiatowe w Olkuszu, 2013. (e-book do pobrania)

Autor: Piotr Rochowski

Przedruk za zgodą Autora, z bloga ZAKĄTKI – miejsca, przestrzenie, krajobrazy

0 

26Maj2011

Pan Stanisław z Książnicy /3/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI.

Kontynuując rozważania dotyczące odzyskiwania zbiorów – od lat pragnieniem Stanisława Krzywickiego było zgromadzenie jak największej ilości dzieł naszego dziedzictwa narodowego właśnie w Książnicy Pomorskiej. Część z nich znalazła się w Szwecji, wiadomo, że pomorskie zbiory znajdują się m.in. w Uppsali. Niebawem do Szczecina zawita dyrektor Biblioteki Narodowej Szwecji (rozmowa została przeprowadzona ok. roku 2000 – przyp. red.) – jego zamiarem jest zorganizowanie zwrotu „pomorzaniców” do Szczecina. Dotyczy to także Danii, gdzie również znajdują się pomorskie zbiory.

Także dyrekcja biblioteki w Berlinie zadeklarowała zwrot poloniców. Rysuje się realna szansa odzyskania niemałej części naszego dziedzictwa narodowego i zdeponowania go w szczecińskiej placówce.

Niezależnie od „odzysków” ważne są także inne problemy. Na przykład aby właściwie gospodarować i eksponować zbiory, należy w szybkim tempie wprowadzić elektronikę do Książnicy Pomorskiej. Poczynione są już rozpoznania, jak to ma wyglądać w praktyce, częściowo zainstalowano nowoczesne urządzenia elektroniczne, które zaczynają dorównywać tym, które u siebie mają na przykład Niemcy. Zaistnieliśmy w internecie dzięki temu, że udało się w Izraelu zakupić odpowiednią technologię.

* * *

Otwarcie wystawy STK w Sali Kolumnowej Książnicy Pomorskiej w Szczecinie (2007). Przemawia Urszula Rosłaniec, obok Cecylia Judek i dalej Stanislaw Krzywicki. /foto: W.Banaszak/

Otwarcie wystawy STK w Sali Kolumnowej Książnicy Pomorskiej w Szczecinie (2007). Przemawia Urszula Rosłaniec, obok Cecylia Judek i dalej Stanislaw Krzywicki. /foto: W.Banaszak/

Mamy niemałe sukcesy, nawet w skali międzynarodowej. Organizujemy Kongres Bibliotekarzy Morza Bałtyckiego, w którym zapowiedzieli udział przedstawiciele największych bibliotek państw basenu tego morza. Jest to kongres o międzynarodowej randze, a Duńczycy i Szwedzi wybrali Szczecin ze względu na jego międzynarodowe znaczenie. Trwają więc przyspieszone prace renowacyjne starych obiektów Książnicy Pomorskiej. Po ich zakończeniu nastąpi otwarcie nowej czytelni.

– Obecnie w zbiorach Książnicy Pomorskiej znajduje się osiem i pół tysiąca tytułów czasopism, akurat tyle, ile we wszystkich polskich polskich bibliotekach narodowych razem wziętych. Ten fakt napawa dumą cały zespół pracowników.

– Powstał Instytut Krajów Europy Wschodniej. Fakt ten został życzliwie i ze zrozumieniem przyjęty w Moskwie, Kijowie oraz Mińsku. Impuls zrodził się w Szczecinie i świadczy o szerokiej kulturalnej współpracy. W niektórych środowiskach panuje opinia, że właśnie Szczecin wyraża największą chęć współpracy z sąsiadami ze Wschodu. Niezależnie i bez porozumienia z nami opinię taką wyraził nawet pan Giedrojć. Dla nas to bardzo przyjemna opinia.

Szczecin jest także mocno zainteresowany zbiorami na temat wierzeń i kultury Azji. Powstaje tu Ośrodek Studiów Buddyjskich i Kultur Dalekiego Wschodu. Książnica Pomorska pozyskała cenne egzemplarze ksiąg związanych z kulturą Tybetu. Warto na to zwrócić uwagę.

* * *

Dyrektor Książnicy Pomorskiej Stanisław Krzywicki czyni starania by pracownicy czuli się bezpiecznie, by nie było poczucia tymczasowości i by w miarę możliwości ekonomiczno – lokalowych odczuwali zadowolenie z wykonywanej pracy. Rozumie, że z reguły polskie panie są bardziej zapracowane od panów, a często mniej doceniane. Chociażby z tych względów stara się na co dzień dostrzegać nie tylko ich kobiecość, ale doceniać też ich, jeśli nie tylko równe, ale nawet większe zaangażowanie w pracy zawodowej. Od zarania swojego „dyrektorowania” czyni też usilne starania, aby konfliktów pracowniczych było jak najmniej.

* * *

Stanisław Krzywicki jest nie tylko wydawcą i krzewicielem kultury. Znamy jego twórczość literacką i dokumentalną oraz wielkie zaangażowanie w propagowaniu kultury Szczecina, naszego przecudnego miasta. A oto wybrane fragmenty Jego twórczości:

[…] Pierwsze wzmianki na temat zbiorów bibliotecznych w Szczecinie pochodzą z XIII w. Były to niewielkie zbiory ksiąg rękopiśmienniczych, najczęściej w posiadaniu instytucji kościelnych. Jednak dopiero wynalezienie druku (w końcu XVw.) stało się bodźcem do tworzenia większych zbiorów bibliotecznych. Ważnym impulsem dla rozwoju drukarstwa, a co za tym idzie bibliotek, była reformacja. W okresie tym do szczególnego znaczenia dochodzi biblioteka przy kościele kolegiackim Najświętszej Marii Panny, której początki sięgają XIII wieku. Dała ona początek bibliotece założonego w 1953 roku Pedagogium Książęcego (późniejszego gimnazjum akademickiego – od 1667), których tradycje kontynuowało, powołane do życia w 1805, Królewskie i Miejskie Gimnazjum Fundacji Mariackiej. Doniosłe znaczenie dla kultury dawnego Szczecina miała również biblioteka gromadzona na dworze książąt szczecińskich. XVI-wieczny rodowód posiadała ponadto biblioteka Kolegium Jageteufla. Z XVII wieku pochodzą wzmianki o bibliotece gromadzonej przez władze miejskie. Z bibliotek kościelnych, oprócz wspomnianych zbiorów kościoła kolegiackiego, dużą wartość posiadała, założona w 1626 roku, biblioteka kościoła św. Mikołaja.

W drugiej połowie XVIII w. krajobraz biblioteczny Szczecina wzbogaciła m.in. biblioteka loży wolnomularskiej „Pod Trzema Złotymi Cyrklami”. Znaczne rozmiary osiągnęły niektóre księgozbiory prywatne, np. Ludwig Wilhelm Bruggemann (1743-1817), najwybitniejszy uczony szczeciński tego okresu, zgromadził w swojej bibliotece 2 tys. tomów.

Na początku XIX wieku działa niewiele bibliotek. Ożywienie następuje w drugiej połowie stulecia. Biblioteki próbują sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na książkę. Poważny zasób zgromadziła biblioteka istniejąca przy Stowarzyszeniu Statystyki Pomorskiej (1846). Dużym autorytetem cieszy się biblioteka Królestwa Gimnazjum Fundacji Mariackiej, kontynuująca swoją chlubną tradycję. Spośród bibliotek towarzystw szczególnie cenne zbiory zgromadziło Towarzystwo Historii i Starożytności Pomorza /1824/. W 1839 zasoby tej biblioteki liczyły około 1,5 tysiąca woluminów (rękopisy, mapy, akty normatywne, unikatowe pomeranika). W 1856 – w wyniku umowy zawartej pomiędzy Towarzystwem Historycznym a Archiwum Prowincjonalnym – zbiory biblioteki przeniesiono do archiwum, gdzie przetrwały do 1945 roku.

Pokaźny zasób istniał także przy Towarzystwie Politechnicznym (1862). Biblioteka działająca w ramach Związki Młodych Kupców na początku lat dziewięćdziesiątych liczyła 6,5 tys. tomów, głównie o tematyce handlowej. Ciekawy księgozbiór miała również biblioteka Gminy Żydowskiej. Pod koniec wieku powstają biblioteki ludowe, mieszczące się w szkołach lub prywatnych domach. Przeznaczone głównie dla klasy robotniczej, dysponowały przede wszystkim księgozbiorem beletrystycznym.

Duża biblioteka istniała przy utworzonym w 1831 roku Provinzialarchiv fur Pommern in Stettin (obecnie Archiwum Państwowe). Przekazane tu zbiory Towarzystwa Historii i Starożytności Pomorza uzupełniano poprzez dary i dotacje.

W 1905 roku powstaje w Szczecinie pierwsza biblioteka publiczna – Stadtbibliothek (1905-1945). Czytelnikom oddano do użytku czytelnię ogólną, czasopism i wypożyczalnię. U swoich początków liczyła 3637 tomów. Zasób jej systematycznie był uzupełniany. Długoletni dyrektor tej placówki, Erwin Ackerknecht, dbał o powiększenie zbioru prac naukowych. Od 1913 rozpoczął gromadzenie zbiorów muzycznych i plastycznych. W związku z rozszerzeniem działalności placówka zmienia nazwę na Stadtbucherei, natomiast w 1919 powołano Bibliotekę Ludową, która dysponowała czytelnią dla dzieci, młodzieży i teatrzykiem cieni. Księgozbiór tego oddziału liczył ok. 80 tys. tomów.

W roku 1923 z inicjatywy E. Ackerknechta powstała Pomorska Biblioteka Wędrowna, dysponująca drukowanym katalogiem książek. Zasługą tego dyrektora było również powołanie w 1932 szkoły bibliotekarskiej.

W okresie drugiej wojny światowej biblioteka traci swe najcenniejsze zbiory, które są wywożone do innych części Pomorza Zachodniego.

W 1945 największa biblioteka publiczna w Szczecinie została przejęta przez polską administrację i do dzisiaj ma tu swoje miejsce, nosząc nazwę Książnica Pomorska. […]

[…] Pierwszą polską placówką kultury, uruchomioną w dwa dni po przejęciu Szczecina przez władze polskie, była Biblioteka Miejska. Powstała na bazie niemieckiej Stadtbucherei.

Nieustabilizowany powojenny status Szczecina powodował przemieszczenie cennych szczecińskich zbiorów w formie depozytów do około 80 polskich bibliotek, instytucji państwowych i osób prywatnych. W zamian za te zbiory nowa polska biblioteka Szczecina otrzymywała tak bardzo potrzebne księgozbiory polskie. Druga połowa lat czterdziestych to przede wszystkim czas zabezpieczenia ocalałych po wojnie zbiorów. Znaczącą rolę odegrali tu pierwsi kierownicy szczecińskiej placówki: Edward Kiesewetter, Stanisław Siadkowski, Stanisława Karczewska. W 1947 jako jedna z pierwszych w kraju rozpoczęła działalność Wojewódzka Biblioteka Publiczna, którą kierował Jan Karakulski, a znany publicysta, Stanisław Telega, był jego zastępcą. Jej główny zadaniem było utworzenie sieci terenowych bibliotek publicznych i nadzór notoryczny nad nimi (sieć ta, choć nieznacznie uszczuplona, działa do dzisiaj).

O planowej działalności biblioteki można mówić od początku lat pięćdziesiątych, to znaczy od objęcia stanowiska dyrektora Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej (w 1955 nastąpiło połączenie Miejskiej Biblioteki Publicznej z Wojewódzką) przez Stanisława Badonia. Od tego czasu nastąpił znaczny rozwój zbiorów naukowych, sieci bibliotecznej, a także kształtowania się wyspecjalizowanej kadry bibliotecznej.

W roku 1965 biblioteka otrzymała status naukowej, a w 1968 „ogólnopolski egzemplarz obowiązkowy” (czyli prawo do otrzymywania egzemplarzy nowowydawanych książek – przyp. red.). W latach 1965-1966 nastąpiła pierwsza rozbudowa. Na potrzeby tej placówki odbudowano XIX – wieczną szkołę, łącząc ją z dotychczasowym obiektem. […]

* * *

O Stanisławie Krzywickim pisali inni, m.in. prof. Kazimierz Kozłowski:

[…] Od 1974 jest dyrektorem największej na Pomorzu biblioteki humanistycznej i naukowej, która obecnie nosi nazwę Książnica Pomorska. Na tym stanowisku przetrwał kilka zróżnicowanych historycznych okresów dziejach Polski. Potrafił w złożonych okolicznościach nie tylko utrzymać potencjał biblioteki i jej wysoką rangę merytoryczną, ale także stworzyć podwaliny jej konsekwentnego rozwoju. Wspomnieć tu trzeba o takich inicjatywach, jak utworzenie Muzeum Literatury, pozyskanie zbiorów archiwalnych tak wybitnych postaci, jak Stanisław Witkiewicz, Witold Wirpsza, Stefan Flukowski, Xawery Dunikowski, Jan Edmund Osmańczyk, Edmund Męclewski, Kazimierz Studentowicz (w tych zbiorach między innymi listy kard. Stefana Wyszyńskiego, kard. Karola Wojtyły, abp. Walentego Kominka).

Stworzył silny dział wydawniczy Książnicy z własną bazą poligraficzną. […]

[…] Oprócz programu rozbudowy Książnicy, dyrektor Stanisław Krzywicki opracował i zrealizował dla całego województwa program budowy i adaptacji obiektów zabytkowych na cele biblioteczne, między innymi w Trzebiatowie, Buku, Pęzinie. W jednym z nich – Buku Kamieńskim – powstała biblioteka składowa (są tam przechowywane książki pomorskie sprzed 1945). Jest to także miejsce krajowych i międzynarodowych plenerów artystycznych, na bazie których powstała biblioteczna galeria sztuki współczesnej. Dzięki jego staraniom biblioteka otrzymała środki między innymi z Fundacji Współpracy Polsko – Niemieckiej i Funduszu Boscha na realizację międzynarodowego programu „poprawa warunków udostępniania i ochrona druków z polsko – niemieckiego pogranicza kulturowego w zbiorach polskich”.

[…] Jest autorem lub współautorem kilku publikacji książkowych, ponad stu znaczących artykułów fachowych, redaktorem naczelnym „Bibliografii Pomorza Zachodniego”, kwartalnika „Bibliotekarz Zachodniopomorski”. Od wielu lat wykłada w Studium Bibliotekarskim i jest referentem na wielu konferencjach krajowych i zagranicznych dotyczących bibliotekarstwa. Zorganizował w Książnicy następujące międzynarodowe sympozja bibliotekarskie:

– Biblioteka publiczna w społeczności lokalnej” (1991),

– Biblioteka ośrodkiem informacji biznesowej” (1991),

– Polsko – niemieckie sympozjum na temat konserwacji zbiorów w bibliotekach naukowych” (1997),

– Bibliotheca Baltica (2000).

Z dorobku S.Krzywickiego na szczególną uwagę zasługują pozycje autorskie i współautorskie:

  • Bibliotekarstwo Pomorza Zachodniego w okresie Polski ludowej (1996),

  • Informator o bibliotekach województwa szczecińskiego (współautor Stanisław Badoń, 1966;

  • Biblioteki Województwa Szczecińskiego, Informator (1985);

  • Historyczna droga do polskiego Szczecina (współautor Kazimierz Kozłowski, 1988)

oraz prace redakcyjne. […]

Maria Czech – Sobczak
Fragmenty z książki Marii Czech-Sobczak i Władysława Kuruś-Brzezińskiego „Wszystkie drogi wiodły do Szczecina”. Wszystkie teksty są autoryzowane.

Krótkim wstępem do odcinka trzeciego opatrzył: woti

0 

26Maj2011

Pan Stanisław z Książnicy /2/

Autor: Maria47. Kategorie: SYLWETKI.

Był rok 1958. Stanisławowi Krzywickiemu zaproponowano stanowisko szefa Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie; nakazano rządzenie szczecińską kulturą. Był to okres dużych zmian personalnych – bezpośrednim przełożonym Stanisława Krzywickiego był wojewoda Włodzimierz Migoń, który nie tylko nagradzał, ale także karał, czasem niezbyt sprawiedliwie. Na przykład w czasie wyjazdu służbowego do Myśliborza (jako wizytator) Stanisław Krzywicki dowiedział się, że pracowała tam kuzynka samego wojewody – od dłuższego czasu nie pojawiała się w pracy. W tej sytuacji wizytujący wydał polecenie tamtejszemu kierownikowi natychmiastowego zwolnienia „wojewodzianki” z pracy… Za tę regulaminową decyzję został ukarany – otrzymał naganę, którą odebrał z wielkim smutkiem.

* * *

Z racji piastowania stanowiska dyrektorskiego w gabinecie Stanisława Krzywickiego pojawił się Józef Wiłkomorski, dyrektor i zarazem dyrygent Szczecińskiej Filharmonii. Z miejsca oświadczył:

– Musi pan przyjąć do wiadomości, że ja panu nie podlegam, ponieważ sam Minister Kultury dał mi nominację i pobory. On jest moim szefem i tylko jemu podlegam!

W tym czasie zastępcą Stanisława Krzywickiego był pan Szulc – otrzymał pobory znacznie przewyższające te, które Józefowi Wiłkomirskiemu nadał Minister Kultury. W gabinecie Stanisława ponownie pojawił się Józef Wiłkomorski, wyrażając (w dość ostrej formie) pretensje:

– Jak to może być, że pana zastępca ma wynagrodzenie znacznie wyższe od dyrektora naczelnego Filharmonii Szczecińskiej?

Stanisław Krzywicki ze stoickim spokojem odrzekł, że nie ma na to wpływu, ponieważ pobory dyrektora naczelnego filharmonii są zależne są od ministra, któremu on jedynie podlega. W tej sytuacji jedyne, co może poradzić dyrektor wydziału kultury, to zażalenie do ministra.

I jeszcze zapytał:

– Więc pan, panie Józefie, woli ministra czy mnie?

Tak właśnie wyglądały „rozmowy między panem a plebanem”.

* * *

W niewielkiej odległości od Szczecina znajduje się niewielka miejscowość Jezierzyce, która swego czasu należała do pewnego hrabiego, właściciela m.in. pałacu, kawałka lasu i jeziora. Po pewnym czasie czasie te dobra stały się własnością hrabiów Ledóchowskich. Potem przyszła wojna i wszystkie „te” zmiany…

Jezierzyce to miejscowość urocza, powabna i z tych względów pan Stanisław wystąpił z wnioskiem o przyznanie Szczecińskiemu Towarzystwu Kultury tych dóbr. Uzasadniał to tym, że zamierza w Jezierzycach zorganizować dom pracy dla szczecińskich twórców. Korzystając ze sprzyjającej okazji prawnej, pozbył się dotychczasowych właścicieli (tych powojennych) i przejął pałac z otoczeniem. Jednak z czasem duma z posiadania tak wspaniałego „gospodarstwa” zaczęła ciążyć. Okazało się, że bardzo trudno jest zdobyć środki finansowe na odrestaurowanie obiektu. Wydział Kultury WRN nie miał do dyspozycji tak dużych, niemal astronomicznych kwot, a wtedy „właściciel” stanął przed poważnym problemem, czy cieszyć się z podjętej decyzji, czy raczej martwić się.

Okazało się, jak młody dyrektor Wydziału Kultury jest naiwny… Brakowało mu odpowiedniego doświadczenia w inwestycyjnych poczynaniach. Nie mógł mieć do nikogo pretensji, bo pamiętał, że kilka życzliwych osób zniechęcało go do tego rodzaju transakcji. U niego jednak przemogła chęć imponowania „takim” majątkiem, wzięła górę nad rozsądkiem. Kiedy okazało się, że „nie wydoli”, próbował pozbyć się tego bardzo kłopotliwego nabytku przy pomocy różnych sztuczek prawnych. Przyjaciele pomagali jak potrafili, jednak nie obywało się bez wypominków, by „więcej nie pakował się w takie interesy”.

Z tego wydarzenia pozostała konkluzja: łatwiej pałac nabyć niż się go pozbyć.

Prawda jest zaś taka, że przed laty łatwiej było coś wartościowego otrzymać, niż (w razie niepowodzenia) pozbyć się takiego balastu. Po transformacji ustrojowej jest odwrotnie – łatwiej jest się czegoś pozbyć (nawet wbrew swej woli), niż coś dostać.

Stanisław Krzywicki o perypetiach z Jezierzycami mówił niezbyt chętnie, stwierdził jedynie, że przy pomocy przyjaznych osób udało mu się pozbyć kłopotliwego (choć przecież wartościowego) kompleksu pałacowo – leśno – wodnego. Uchylił jednak rąbka tajemnicy, przyznając, że jedną z takich osób był ówczesny przewodniczący WRN, Marian Łempicki. On właśnie zwykł mawiać:

– Po co ci taki kompleks z zabytkową budowlą? Zrezygnuj z tej własności, bowiem kiedyś posądzą cię o to, że przywłaszczyłeś sobie cudze.

* * *

Słuchając wspomnień Stanisława Krzywickiego, nasuwa się refleksja: młody, energiczny i ambitny człowiek chciał jak najlepiej dla podległych sobie organizacji artystycznych, lecz nie mógł przewidzieć wszystkich realnych, nieraz brutalnych konsekwencji. Był wdzięczny dobrym i życzliwym doradcom, rozumiał także oponentów. Pomimo błędów musiano doceniać jego wysiłki i osiągnięcia, ponieważ dwukrotnie proponowano mu objęcie teki ministra kultury. Dwukrotnie wzywano go do Warszawy i tam składano mu tego rodzaju propozycje. Wbrew oczekiwaniom przyjaciół jednak stanowiska nie objął – uważał, że jeszcze nie nabył odpowiedniego doświadczenia życiowego i zawodowego.

Przyjął natomiast propozycję objęcia kierownictwa odpowiedniego wydziału KC PZPR, jakby rekompensując tym rezygnację ze stanowiska ministra. Tam jednak nie zagrzał długo miejsca, choć wydawało się to wygodne stanowisko – rzeczywiście kierowało się kulturą w całym kraju, natomiast odpowiedzialność za niepowodzenia spadała na kogo innego (było to zgodne z hasłem, że „partia kieruje – rząd rządzi i odpowiada”). Pomimo to „jakoś nie zagrzał stołka”.

Oprócz wielu „cieni” tamten okres był także dla kultury korzystny:

– Władze PRL naprawdę doceniały kulturę i twórców. Wówczas na kulturę rząd przeznaczał 3 procent dochodu narodowego, a w 2000 r. tylko 0,3 procent. Komentarz jest w tym przypadku zbędny.

W czasie pracy w KC zdarzały się przyjemności, a nawet zaszczyty, ot, choćby piastowanie funkcji członka zespołu kultury narodowej przy boku tak znakomitej osobistości naukowej, jaką był profesor Suchodolski.

– Mimo generalnego potępienia minionego okresu dziejowego, władze PRL doceniały tak ważny dział, jakim była i jest kultura. Natomiast obecnie, w dobie braku środków prawie na wszystko, kultura zeszła na margines zainteresowania rządzących.

Ze smutkiem i żalem pan Stanisław zjawiska te uwypukla twierdząc, że rządząca „Solidarność” nie tylko nie docenia, lecz wręcz nie lubi kultury:

– Moja frustracja jest spotęgowana chociażby i tym, że na „swoim terenie” zakładałem komórkę „Solidarności”.

* * *

Otwarcie wystawy malarstwa STK w 2007r. St. Krzywicki pierwszy od lewej. /foto: W.Banaszak/

Otwarcie wystawy malarstwa STK w 2007r. Stanisław Krzywicki pierwszy od lewej. /foto: W.Banaszak/

Pan Stanisław twierdzi, że obejmując funkcję dyrektora Biblioteki Wojewódzkiej w Szczecinie (później przemianowanej na Książnicę Pomorską) miał dużo szczęścia. Ta zasłużona placówka kulturalna legitymuje się stuletnią działalnością i ma za sobą historyczne dokonania, także w ostatnim czasie.

Z dużym sentymentem wspomina dobrą współpracę z kolejnymi wojewodami. Na przykład wojewoda Jerzy Kuczyński był nie tylko wyjątkowo mądrym człowiekiem, lecz także mocno wspierał inicjatywy w zakresie gromadzenia zbiorów i modernizacji zaplecza technicznego Książnicy. Interesował się masową kulturą i dbał zarówno o artystów, jak też o ludzi propagujących kulturę; pamiętał też o wielkich i małych mecenasach kultury. Miał zwyczaj pokazywania gościom zbiorów bibliotecznych, rozmawiał o czytelnictwie i tworzeniu wszelkiego rodzaju dzieł sztuki, w tym książek. Zasługą Jerzego Kuczyńskiego jest okazały, imponująco piękny i przestronny gmach.

– Jerzy Kuczyński miał ogromny udział w rozbudowie Książnicy Pomorskiej – mówi pan Stanisław. – Rozbudowa trwała dwa lata i wtedy utrwaliły się nasze kontakty służbowe (chociaż nasza osobista przyjaźń została zadzierzgnięta wcześniej). Przyjaźnimy się nadal, ponieważ mamy podobne pasje (pan Jerzy Kuczyński jest „utrwalony” w „Salonie” i dlatego tutaj pomijam szerszy opis jego sylwetki – Maria Cz.Sob.).

– Czym ma być Książnica Pomorska w niedalekiej przeszłości? Zamierzam odzyskać to wszystko, co swego czasu czasu z Polski wywieziono.

Nie wszystkie kraje są chętne do zwrotu polskich dzieł, pomimo naszych nacisków. Dotyczy to między innymi Francji, Niemiec i Rosji. Choć z drugiej strony… Rosja jest nawet przychylna i gotowa wszcząć na ten temat rozmowy. Może o tym świadczyć chociażby ostatni akces współpracy dyrektora biblioteki carów, który deklaruje przekazanie cennych dzieł właśnie Szczecinowi, na utworzenie działu o charakterze słowiańskim. Należy więc wierzyć, iż niebawem zbiory „słowiańskie” dotrą do Szczecina i staniemy się posiadaczami zbiorów, które umożliwią nam wyjście na arenę międzynarodową. Ważne jest i to, że rosyjskie placówki oferują współpracę merytoryczną i dydaktyczną.

C.d.n.
Maria Czech – Sobczak
Fragmenty z książki Marii Czech-Sobczak i Władysława Kuruś-Brzezińskiego „Wszystkie drogi wiodły do Szczecina”.
Wszystkie teksty są autoryzowane.

0 

ABSOLWENTAR

Polecamy

Kategorie (Działy)

Archiwum

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« kwi    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Administracja